Co to jest URL? Najczęściej określany jest jako: link, adres www, adres strony i informuje o lokalizacji interesujących nas materiałów i zasobów. Chcesz dowiedzieć się więcej na temat adresów URL? Poniżej znajdziesz odpowiedzi na wszystkie pytania!

Co to jest URL? Definicja

URL (z ang. Uniform Resource Locator) to jednolity lokalizator zasobów w internecie. Mówiąc prościej, to adres witryny oraz jej składowych, który ułatwia dostęp do publikowanych w sieci treści.

Skrót URL zbudowany jest z następujących słów:

Język angielskiTłumaczenie na język polski
UniformJednolity; równy
ResourceŚrodek, Zasób
LocatorLokalizator

W tłumaczeniu oznacza to: “jednolity lokalizator zasobów”, czyli ujednolicony sposób oznaczania materiałów w internecie, który pozwoli na jego odnalezienie.

Jak poprawnie zbudować adres URL?

Adres URL – przykłady oznaczeń

Przyjrzyjmy się, jak wygląda ten ujednolicony sposób adresacji na podstawie konkretnych przykładów:

  1. Senuto

Składowe adresu URL:

https://Protokół https, szyfrujący dane przy pomocy certyfikatu SSL lub TSL
www.Subdomena www
senutoNazwa serwisu
.comDomena .com, czyli w tym przypadku domena generyczna
/plPodkatalog dla wersji polskiej serwisu
  1. Wyszukiwarka Google Polska
https://www.google.pl/
https://Protokół https, szyfrujący dane przy pomocy certyfikatu SSL lub TSL
www.Subdomena www
googleNazwa serwisu, w tym przypadku Google
.plDomena .pl, czyli domena krajowa
  1. Serwis eObuwie
https://www.eobuwie.com.pl/sztyblety-gino-rossi-msu350-chuck-14-czarny.html
https://Protokół https, szyfrujący dane przy pomocy certyfikatu SSL lub TSL
www.Subdomena www
eObuwieNazwa sklepu internetowego w tym przypadku eObuwie
com.plDomena com.pl, czyli domena komercyjna
sztyblety-gino-rossi-msu350-chuck-14-czarnyPodstrona produktu, zawierająca:

 

  • nazwę produktu
  • producenta
  • model
  • kolor
htmlrozszerzenie pliku

W ten sposób dochodzimy do ogólnego wzoru na właściwy adres URL:

 

ProtokółProtokół https:// lub http://
SubdomenaSubdomena: www., pl., blog.
Nazwa serwisuNazwa naszego serwisu, np.: senuto
DomenaDomena, w której znajduje się serwis, np.: .com lub .pl
podkatalogPodkatalog, np.: do sekcji blog lub wersji językowej
Ścieżka adresowaŚcieżka adresowa do konkretnego artykułu

Adres URL z www czy bez www?

Skoro już określiliśmy ogólny wzór na właściwy adres URL, zastanówmy się:

Czy adres strony internetowej powinien zawierać www?

Przedrostek www nawiązuje do subdomeny i:

Od niedawna sugeruje się stosowanie adresu URL bez przedrostka www. Wynika to z tego, że w przypadku URL-a bez www ruch kierowany jest bezpośrednio na domenę, a nie na subdomenę z przedrostkiem www. Decydując o wyglądzie swojego adresu URL, zastanów się jednak:

Widząc hasło z przedrostkiem www, automatycznie kojarzymy je z adresem internetowym. Jeżeli jednak Twoi użytkownicy to osoby młodsze lub takie, które sprawnie poruszają się po internecie, to implementacja adresu bez subdomeny www będzie bardziej uzasadniona niż w przypadku osób, które należą do starszego pokolenia.

Pamiętaj jednak, że Twoja domena może funkcjonować zarówno z przedrostkiem www, jak i bez niego. Służy do tego przekierowanie 301. Coraz częściej sugerowane jest ustawienie go z adresu z www na adres bez www.

Zastosowanie https i http w adresach URL

Obecnie nadal możemy spotkać strony, nawet duże serwisy, bez przedrostka https.

Która wersja adresu URL jest lepsza: http czy https?

Wersja z http oznacza brak tzw. protokołu szyfrującego, który zabezpiecza dane takie jak:

Wersja https zawiera protokół szyfrujący (SSL lub TLS), który zabezpiecza powyższe dane. Jego zastosowanie działa korzystnie na UX, a dodatkowo jest sugerowane przez Google!

Dlaczego Google preferuje adresy URL z https?

Jest na to jedna, prosta odpowiedź.

Głównym celem Google jest bezpieczeństwo użytkowników. Stosując wersję adresu z protokołem https, sam się do tego przyczyniasz!

Jakimi znakami rozdzielać poszczególne słowa w adresie URL?

Wyobraźmy sobie, że napisałeś ciekawy artykuł np. na temat wyszukiwania słów kluczowych.

Zastanówmy się zatem, jak można rozdzielić poszczególne słowa w adresie URL, który prowadzi do tego poradnika:

  1. połączone słowa: /wyszukiwanieslowkluczowych

Taki adres trudno jednak odczytać. Pod kątem UX, nie jest to zbyt fortunny przykład.

  1. ze znakami podkreślenia („_”): /wyszukiwanie_slow_kluczowych
  2. ze znakiem plus („+”): /wyszukiwanie+slow+kluczowych

Zastosowanie znaku podkreślenia lub plusa, który rozdziela słowa, ułatwia przeczytanie poszczególnych wyrazów w adresie URL. Google ani nie neguje, ani nie rekomenduje tego rozwiązania, chodź sami stosują znak „+” w swoich wynikach wyszukiwania w przeglądarce:

Rysunek 1 Użycie znaku + w URL przez Google

Jest to rozwiązanie najczęściej stosowane m.in. przez Allegro. Oto przykład:

Znak spacji w adresie URL
Znak spacji w adresie URL

Jeżeli chcesz sprawdzić jak wyglądają inne znaki w kodowaniu ASCII, zrobisz tu tutaj.

Adres, który powstał z zastosowaniem dywizu, jest bardzo przyjazny dla użytkownika. W łatwy sposób da się z niego odczytać poszczególne składowe adresu.

Sprawdźmy teraz, którą opcję wybrano w Senuto:

https://www.senuto.com/pl/blog/wyszukiwanie-slow-kluczowych/

Piąte rozwiązanie! Dlaczego?

Odpowiedź jest prosta:

Wynika to z oficjalnych zaleceń Google Webmaster do rozdzielania adresów URL, w których możemy przeczytać, że sugerowane jest stosowanie dywizów, a nie np. znaków podkreślenia.

Kiedy warto stosować znak %20 w naszym adresie www strony?

Zdarzają się zastosowania, które promują użycie “separatora” znaku %20. Pomimo, iż głównie zalecany myślnik jest właściwym rozwiązaniem, duże portale generujące liczne zapytania do baz danych wybierają ten sposób, aby móc przedstawiać dane uporządkowane. Ten model ułatwia również generowanie adresów przy pomocy zróżnicowanych metod programowania.

Jakie jeszcze zalecenia są rekomendowane dla przyjaznych adresów URL?

Stosowanie słów kluczowych w adresie URL

Jednym z miejsc, w którym powinno pojawić się słowo kluczowe, pod jakie optymalizujesz stronę, jest adres URL. Im bliżej początku występuje Twoja fraza, tym lepiej pod kątem SEO.

Aczkolwiek należy pamiętać o UX!

Jeżeli planujemy mapę naszej witryny, warto pamiętać, aby stosować właściwe nazwy również w adresacji. Przede wszystkim należy kierować się czytelnością i przejrzystością dla użytkowników – naszych klientów i czytelników.

Kary za keyword stuffing, czyli upychanie słów kluczowych w adresach URL

Przy tworzeniu adresów, jak już wiemy, zalecane jest stosowania słów kluczowych.

Ale!

Warto nie przesadzać z ilością!

Jeżeli tworzymy adresy, postaraj się umieścić minimum 1 słowo kluczowe. Wszelakie działania powyżej tej liczby, mogą powodować umieszczenie w konkretnej strony w filtrach konkretnej wyszukiwarki, co może spowodować dalsze pozycje w wyszukiwaniach na dane frazy.

Wielką czy małą literą? Raczej małą

Ujednolicenie wielkości liter w adresie URL umożliwi odczytanie adresu strony docelowej i ułatwi jego ręcznego wpisywanie przez użytkownika.

Warto pamiętać, że każda zmiana wielkości litery może spowodować utrudnienia w dostępie do strony, zwłaszcza kiedy zawiera zróżnicowaną wielkość liter, co trudniej zapamiętać.

Co więcej, stosowanie w adresie URL równocześnie wielkich, jak i małych liter, może skutkować problemem z duplikacją treści. Najbezpieczniej zatem stosować jedną wersją, np. zawierającą tylko małe litery.

Jeśli zależy Ci na wykorzystaniu w adresie strony połączenia wielkich i małych liter, zastosuj przekierowania, które automatycznie dopasowują wielkość liter i uruchomią właściwą stronę.

Długość adresu URL

Wspomniałem już wcześniej, że w przypadku adresu URL długość ma znaczenie. Sprawdźmy zatem, jaki wpływ na działania w sieci mają różne długości adresów URL.

Jaka jest maksymalna długość adresu URL?

Maksymalna długość adresu URL wynosi: 2048 znaków. Jest to ograniczenie w Internet Explorer. Długość ta wynika z zastosowania konkretnych protokołów HTTP, czyli GET i POST. Protokół HTTP umożliwia komunikację pomiędzy serwerem i klientem. W przypadku wysłania zapytania, uzyskujemy odpowiedź, która również może zawierać treść zapytania, co przekłada się na długość adresu URL.

Jakie są korzyści krótszych adresów URL?

Oto 5 głównych zalet stosowania krótkich adresów URL

  1. Łatwe do zapamiętania
  2. Przyjazne do udostępnienia
  3. Przejrzyste do nawigacji
  4. Widać, co się pod nimi kryje
  5. Rekomendowane przez Google

W większości przypadków, dużo prościej jest zapamiętać krótki tekst, niż np. fragment dłuższej wypowiedzi. I tak samo działa to w przypadku adresów URL. Dodatkowo krótkie adresy URL są zalecane przez Google.

Skąd to wiemy?

Potwierdza to nagranie wypowiedzi Johna Mullera, który odpowiada na pytanie: krótkie adresy URL czy długie?

Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=4FkSZIW6d48#t=1138

Warto tu też przytoczyć ciekawą Analizę długości adresów URL do zajmowanych pozycji.

Jak łatwo zauważyć na powyższym wykresie, krótsze adresy do stron internetowych mają wyższą pozycję w wyszukiwarce. Potwierdza to zatem słowa Senior Webmaster Trends Analyst w Google.

Warto jednak mieć na względzie, że w analizie wzięto pod uwagę również adresy stron głównych, które zazwyczaj są krótkie.

Czego unikać podczas tworzenia adresów URL? 7 wskazówek

Skoro już wiesz, jakie elementy powinien zawierać adres URL, warto też podkreślić, czego należy unikać. Zrezygnuj z:

Tabela kodowania znaków, tłumaczona na podstawie https://perishablepress.com/stop-using-unsafe-characters-in-urls/

KlasyfikacjaZawiera znaki i symboleWymaga kodowania?
Bezpieczne znakiAlfanumeryczne [0-9a-zA-Z], znaki specjalne $ -_. +! * '() ,, i zastrzeżone znaki używane do ich celów (np. znak zapytania używany do oznaczenia ciągu zapytania)NIE
Znaki kontrolne ASCIIObejmuje zakresy znaków ISO-8859-1 (ISO-Latin) 00-1F w zapisie szesnastkowym (0–31 miejsc dziesiętnych) i 7F (127 miejsc po przecinku).TAK
Znaki inne niż ASCIIObejmuje całą „górną połowę” zestawu ISO-Latin 80-FF hex (128-255 miejsc po przecinku).TAK
Znaki zastrzeżone; / ? : @ = & (nie obejmuje pustego miejsca)TAK 1
Niebezpieczne znakiObejmuje puste miejsce oraz znaki " < > # % { } | \ ^ ~ [ ] `TAK

Jak widać, obecnie dostępnych jest bardzo dużo znaków, które mogą utrudnić właściwe pozycjonowanie strony. Należy ich unikać.

Przekierowania adresów URL

Z tematyką adresów URL ściśle powiązane jest zagadnienie przekierowań. Warto więc wyposażyć się w podstawową wiedzę na ich temat.

Wyróżniamy 3 typy przekierowań adresów URL:

Przekierowanie 301

Przekierowanie 301 jest stosowane w przypadku stałej zmiany adresu strony docelowej. 

Co robi przekierowanie 301? 

Przekierowuje moc strony przekierowywanej na stronę docelową.

Jakie są skutki przekierowania 301? 

Przekierowanie 301 może mieć zarówno pozytywne, jak i negatywne skutki.

Za jego pomocą w prosty sposób przekierujesz użytkowników (oraz roboty Google przemieszczające się po Twojej stronie) do nowego adresu danej podstrony. W ten sposób możesz więc uzyskać wzrost pozycji strony docelowej w wynikach wyszukiwania, dzięki przekazaniu mocy strony źródłowej. Z drugiej strony należy pamiętać, że w ten sam sposób do strony źródłowej może zostać przekazana negatywna ocena danej podstrony.

Kiedy zatem jest bezpiecznie stosować 301?

Przekierowania 301 są zazwyczaj bezpieczne, gdy występują w ramach jednej domeny, tj.: w przypadku, gdy np. usuniesz treści w swojej domenie i przekierujesz je do innej podstrony o zbliżonej tematyce również w tej samej domenie.  Dzięki temu zyskujemy klarowność naszych działań dla crawlerów, ale zarazem przede wszystkim dla użytkowników.

Przekierowanie 302

Przekierowanie 302 jest stosowane w przypadku, gdy chcesz tymczasowo odesłać użytkownika na inną stronę, nie usuwając przy tym strony pierwotnej. W tym przypadku “moc SEO” nie jest przekierowywana do strony docelowej, ponieważ strona źródłowa nadal istnieje. Stosowane dla wersji HTML 1.0, przyczyniło się do wygenerowania przekierowań 303 i 307. Przekierowanie 302 jest nazywane przekierowaniem tymczasowym lub przesuniętym.

Przekierowanie 303

Przekierowanie 303 zostało stworzone w standardzie HTML 1.1, aby umożliwić przeglądarkom rozróżnienie przekierowań dla zapytań HTML typu GET oraz PUT, włącznie z ich zamianą.

Przekierowanie 307

Przekierowanie 307, podobnie jak 302, również stosuje się do działań tymczasowych, aczkolwiek przekierowanie to zachowuje dany typ zastosowanego protokołu HTML od wersji 1.1, czyli od 1999 roku. Tego typu przekierowania warto zastosować, jeżeli jesteśmy pewni, że chwilowo zmieniamy lokalizację, lecz docelowo powrócimy do pierwotnej, dlatego też jest nazywane Temporary Redirect. Przekierowanie nie umożliwia zmiany protokołu z POST na GET.

Jakie są różnice w przekierowaniach 302 i 307?

Przekierowanie 307 zachowuje typ metody protokołu HTML, co prowadzi do przekierowania na docelowy adres, aczkolwiek nie umożliwia zmiany protokołu z POST na GET. Natomiast 302 to pierwotna wersja przekierowania, z której powstały 303 i 307 z racji początkowo błędnej implementacji.

Co wybrać w takim razie? 302 czy 307?

Przekierowanie 307 powstało z 302, przyjmując nowe standardy HTML 1.1. Decydując pomiędzy 302 a 307, należy wybrać 307.

Przekierowanie 303 vs 307

Przekierowanie 307 jest przekierowaniem, które nie umożliwia zmiany protokołu HTML z POST na GET. Przekierowanie 303 umożliwia takie działania.

3 przykłady zastosowań przekierowań adresów URL

Jeżeli zastanawiasz się nad tym, kiedy użyć poszczególnych przekierować, sprawdź poniższe przykłady:

Aczkolwiek, jeżeli zduplikowana wersja nie została zaindeksowana, możesz również obejść się bez stosowania przekierowania.

Jak sprawdzić indeksacje konkretnej strony? 

Skorzystaj z darmowego narzędzia Google Search Console.

Skutki przekierowań oraz możliwe błędy

Przekierowania na stronie mają pozytywne konsekwencje:

Ale są również narażone na błędy, przez co mogą negatywnie wpłynąć na działanie witryny.

Błędy przekierowań to m.in.:

Pierwszy przypadek to sytuacja, w wyniku której może dojść do utraty wartości potencjału przekierowywanej domeny.

A jakie są konsekwencje zbyt dużej liczby przekierowań?

Duża liczba przekierowań, mimo dobrych chęci, nie zawsze będzie najlepszym rozwiązaniem.

Sam pomysł użycia przekierowania należy pochwalić. Warto jednak sprawdzić, czy przypadkiem nie zapętlasz przekierowań w serwisie, co może doprowadzić do spowolnienia jego działanie oraz uniemożliwi właściwy odczyt zawartości poszczególnych podstron.

Warto dodać, że taka sama sytuacja ma miejsce przy za dużej liczbie przekierowań w danej witrynie. Liczne przekierowania występują najczęściej po błędnej migracji strony, dlatego też należy sprawdzić liczbę zapytań, redukując liczbę zbędnych przekierowań.

Narzędzie do weryfikacji adresów URL

Do weryfikacji adresu URL służy narzędzie Google Search Console. Jest to darmowe narzędzie.

Główna funkcja, którą znajdziemy w GSC to możliwość sprawdzenia indeksacji adresu URL.

Jak sprawdzić indeksacje adresu URL?

  1. Należy wejść na: Google Search Console
  2. Wybrać interesującą nas domenę, którą wcześniej dodaliśmy do tego narzędzia
    Google Search Console

  3. Wybierz zakładkę: Sprawdzanie adresu URL
    Google Search Console

  4. Następnie wklej adres URL, który potrzebny jest do weryfikacji
    Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 1

  5. Zatwierdź klawiszem Enter
  6. W zależności od wyniku, należy:

a. Przy następującym rezultacie:

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 2

tj. przy braku zaindeksowania poszczególnej podstrony, należy wybrać:

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 3

b. Przy następującym rezultacie:

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 4
tj.: dla indeksacji strony: Jeżeli dokonane zostały zmiany na stronie, to należy wybrać opcję:

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 5

Natomiast jeżeli nie dokonaliśmy zmian, to wszystko jest jak należy.

Powyższe działania mogą przyspieszyć uzyskanie lepszych pozycji w wyszukiwarkach.

Skracacze adresów URL (linków)

Coraz częściej napotykamy w internecie następujące przykłady linków:

Tego typu adresy to przykłady linków skróconych przy użyciu skracaczy.

Co to jest skracacz linków URL?

Skracacz linków URL to narzędzie pokazujące adres URL w skróconej formie, przyjaznej dla użytkownika. Skracacz redukuje liczbę znaków pierwotnego adresu URL poprzez zapisanie adresu pod nowym adresem.

Zalety stosowania skracaczy URL

Przyjrzyjmy się głównym zaletom skracania linków:

Wady skracaczy linków

Jak wszystko, również stosowanie skróconych wersji adresów URL ma swoje wady:

Sitemapa – mapa strony internetowej

Opisując zagadnienie adresów URL, warto również wspomnieć o sitemapie, czyli mapie witryny.

Co to jest sitemapa?

Mapa strony internetowej (sitemapa) to plik zawierający informację o adresach URL występujących w ramach konkretnego serwisu. Występuje ona w czterech wersjach:

Główną przyczyną stosowania site mapy jest ułatwienie dostępu do wszystkim miejsc robotów wyszukiwarek.

Wskazówki, którymi należy się kierować, tworząc mapy witryn

Google oficjalnie rekomenduje stosowanie kilku wskazówek przy tworzeniu map strony.

Jak przesłać mapę strony do Google?

W celu przesłania mapy witryny do wyszukiwarki Google należy:

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 6
Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 7

Jak przesłać mapę strony do Bing?

W celu przesłania mapy witryny do wyszukiwarki Bing należy:

Pomimo niskiej popularności wyszukiwarki Bing w Polsce, warto dodać dodać mapę do narzędzia będącego odpowiednikiem GSC.

Jakie korzyści wynikają z zastosowania map stron www?

Oto powody, dla których warto stosować mapy strony:

Jak widać, lista zalet jest długa, a skutki wdrożen

ia sitemapy to wyłącznie korzyści.

Adresy rozszerzone o dodatkowe tagi UTM

Coraz częściej napotykamy adresy stron internetowych, a zwłaszcza blogi i sklepy internetowe, których adresy URL posiadają w dodatek “UTM”.

Co to jest UTM?

UTM to skrót od: Urchin Tracking Module. Jest to skrót od modułu, który umożliwia pozyskanie dodatkowych informacji o zachowaniu użytkowników na stronie poprzez dodanie tagów (oznaczeń) do źródłowego adresu strony internetowej.

Wyróżniamy następujące rozszerzenia adresu o tagi UTM:
  1. Źródło (Campaign Source)
  2. Medium (Campaign Medium)
  3. Nazwa kampanii (Campaign Name)
  4. Konkretne określenie (Campaign Term)
  5. Treść (Campaign Content)

Jak dodać UTM-y do adresu URL?

Możesz dodać je ręcznie (ale jest to dość żmudne i uciążliwe) lub skorzystać z kreatora np. od Google:

1. Otwórz kreator UTM dostępny pod linkiem: https://ga-dev-tools.appspot.com/campaign-url-builder/, który wygląda następująco:

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 8

Na tym etapie warto podkreślić, że wymagane jest wypełnienie pięciu pierwszych okien. Dwa ostatnie są opcjonalne.

2. W pierwsze pole tj. Website URL, wpisz adres URL, do którego chcesz dodać UTM-y, np.: https://www.senuto.com/pl/.

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 9

Podpowiedź: warto dodać pełnym adres z protokołem http lub https.

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 10

3. Uzupełnij pole Campaign Source, podając źródło: np. Facebook, Twitter, LinkedIn, Newsletter czy nawet wynik organiczny: Bing lub Google.

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 11

Podpowiedź: Używaj liter tej samej wielkości!

Jak dowiedziałeś się na początku tego artykułu, w adresach URL warto stosować litery tej samej wielkości, aby zawsze odnosić się do tego samego adresu. W przypadku, gdy użyjesz źródła Facebook i facebook, zostaną one zliczone jako dwa oddzielne parametry.

4. Campaign Medium to miejsce na nośnik naszej reklamy, np.: post na Facebooku, reklama płatna Google Ads, e-mail (dla newslettera).

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 12

Facebook umożliwia dodanie adresów stron w naszym profilu. Przy użyciu właśnie parametrów UTM, można łatwo sprawdzić liczbę wejść z tego źródła.

5. Campaign Name to nazwa kampanii. Ten parametr umożliwia łatwiejszy odczyt danych na temat jej wyników.

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 13

Ciekawostka:

Na początku artykułu napisałem, jak odczytywany jest znak spacji w adresie URL. Potwierdzenie otrzymujemy również tutaj. Znak spacji został zamieniony na zespół znaków %20.

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 14

Warto zapamiętać tą sugestię, w końcu jest stosowana nawet w Mountain View.

6. Campaign Term odnosi się do konkretnych słów kluczowych, np. użytych w Google Ads. Tym samym, możesz śledzić kliknięcia w interesujące Cię słów kluczowych również dla zastosowanych kotwic (z ang. anchor text).

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 15

7. Campaign Content uzupełnij o konkretne elementy UX-owe. Służą one do przeprowadzenia testów A/B.

np.: pierwszyprzycisk

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 16

Podpowiedź: oznaczaj indywidualnie przyciski tagami UTM w celu uzyskania danych o zwiększeniu zaangażowania użytkowników. W łatwy sposób odkryjesz, która część danego artykuły skłania użytkowników do działania.

8. Skopiuj uzyskany adres URL w pełnej lub skróconej wersji.

Co to jest URL? Twórz adresy URL przyjazne SEO. Wszystko, co warto wiedzieć o adresach stron! 17

W wyniku właściwego uzupełnienia pól powstanie adres URL z dodatkowymi parametrami.

Kiedy stosować krótsze, a kiedy dłuższe wersje adresów URL?

Jeżeli nie chcesz się ukrywać przed swoimi klientami czy konkurencją swoich działań analitycznych, możesz zastosować w kampanii pełne adresy, tj. z widocznymi parametrami URL. Tego typu linki są jednak znacznie dłuższe i nie zawsze będziesz mieć możliwość ich umieszczenia z racji ograniczeń liczby znaków. Wtedy też na pomoc przychodzą skracacze.

Pamiętaj jednak, że nawet po kliknięciu w skracacz w pasku adresu strony pokaże się pełen adres wraz z UTM-ami.

Gdzie sprawdzisz, jakie linki z UTM-ami generowały ruch na stronie?

Sprawdzisz to w Google Analytics. Oto instrukcja, jak sprawdzić wyniki stosowania parametrów UTM:

  1. Wejdź na stronę: GA pod adresem https://analytics.google.com/
  2. Wybierz zakładkę Pozyskiwanie
  3. Wybierz zakładkę Kampanie
  4. Wybierz Wszystkie kampanie

Adresy rozszerzone o parametry UTM dostarczają dodatkowych informacji o zachowaniach użytkowników. Na tej podstawie możesz dostosować swoje działania, aby zmaksymalizować własne cele biznesowe.

Jeżeli masz jakieś pytania, zadaj je w komentarzu. Chętnie pomogę!

Analiza SERP to proces analizy stron internetowych, które przedostały się na topowe oraz dalsze pozycje wyników wyszukiwania Google. Dzięki niej możesz łatwo sprawdzić konstrukcję treści publikowanych przez konkurencję i w efekcie lepiej dopasować materiały na swojej stronie.

To tak w sporym skrócie. Temat zasługuje na rozwinięcie, a zaczniemy od samych SERP-ów. Przy okazji poznasz nowe narzędzie Senuto do analizy SERP.

Co to jest SERP?

SERP to skrótowiec od search engine results page. Oznacza stronę internetową, która pokazuje wyniki wyszukiwania po wpisaniu hasła do wyszukiwarki. Wyszukiwarki są różne i nie wszędzie na świecie króluje Google (np. Chińczycy mają swoje Baidu), w Polsce jednak, podobnie jak w większości europejskich krajów, Google ma blisko 100 procent rynku.

Przyjmijmy więc, że kiedy mówimy o stronie wyników wyszukiwania – SERP – to mówimy o tym, co pokaże nam Google, kiedy wpiszemy interesujące nas hasło w pole wyszukiwania i wciśniemy enter (lub wybierzemy podpowiedź, która wyskoczy nam podczas wpisywania hasła).

Kiedy wpiszemy w Google „Senuto”, pokaże nam się coś takiego:

Analiza SERP - Senuto

I jest to pierwszy SERP, czyli pierwsza strona wyników wyszukiwania.

SERP oczywiście nie jest jeden. Jedna strona Google'a to zaledwie 10 wyników wyszukiwania – a stron internetowych przecież jest znacznie więcej. Tak więc po zjechaniu w dół, jeśli żaden z pierwszych 10 wyników nas nie satysfakcjonuje, możemy przejść na drugą stronę wyników wyszukiwania (drugi SERP).

Legenda głosi, że na dziesiątym SERP-ie znajdują się już tylko odnośniki do stron Illuminatów, Reptilian i chińskich sprzedawców jaj. Ale to niepotwierdzona informacja. Mało kto wchodzi na drugą stronę wyników wyszukiwania, a 10. to już zupełna abstrakcja. Już wyjaśniam, czemu o tym mówię.

Dlaczego pierwsza strona jest taka ważna?

Przeprowadziliśmy badanie „Co wiemy o CTR z SEO?”, które jasno pokazało wpływ pozycji w rankingu Google na ruch na stronie. CTR oznacza click-through rate, a więc współczynnik klikalności. Liczbę osób, które zobaczyły link, dzielimy przez liczbę osób, które w niego kliknęły i tak otrzymujemy CTR. Jeśli ze 100 osób kliknie 20, to CTR wynosi 20%. Łatwe.

Jak widać na poniższym wykresie, CTR dla pierwszego wyniku na pierwszym SERP wynosi 21,5%.

CTR z SEO

Z kolei piąta pozycja to już tylko 3,92% (a to wciąż pierwsza strona!), natomiast dolne pozycje pierwszej strony i wyniki znajdujące się na drugiej stronie mają CTR w okolicach 1%. Oznacza to, że nawet, jeśli ktoś już przejdzie na tę drugą stronę wyników wyszukiwania, to klikalność znajdujących się tam odnośników do stron jest zupełnie marginalna.

Wniosek stąd płynie taki, że jeśli zależy Ci na zwiększeniu organicznego ruchu (pochodzącego z Google) na swojej stronie internetowej, to w praktyce liczy się tylko pierwsza strona wyników wyszukiwania. To w nią trzeba celować z frazami kluczowymi, na które strona ma być widoczna w wyszukiwarce. Ktoś, kogo strona nie ma żadnych fraz w TOP 10, nie zanotuje organicznego ruchu z Google lub zanotuje go śladowe ilości.

Zapisz się do newslettera Senuto! Świeże materiały z bloga wprost na Twoją skrzynkę:

Naturalnie pojawia się pytanie, jak dostać się do topowych wyników wyszukiwania na wybrane przeze mnie frazy kluczowe. Odpowiedź byłaby dość długa i skomplikowana.

Dlatego popatrzmy z innej strony, zadajmy inne pytanie.

Jak inni to zrobili, że znaleźli się w TOP 10?

Optymalizacja pod wyszukiwarki (SEO) to proces, który ma wiele składowych. A jedną z najważniejszych jest optymalizacja treści. Copywriter napisał artykuł na firmowego bloga – jak to jest, że to akurat ten artykuł wyświetla się np. na pierwszym czy trzecim miejscu w wynikach wyszukiwania, na pierwszej SERP? Jak to jest, że inny artykuł, w którym są podobne informacje, znalazł się znacznie niżej w rankingu?

Pomijając inne czynniki, jak chociażby szybkość ładowania strony (aspekt techniczny) czy liczbę i jakość backlinków (odnośników prowadzących do artykułu), dużą rolę z pewnością odegrał sposób skonstruowania treści.

Informacje w obu artykułach mogą być podobne – ale dla algorytmów Google znaczenie ma też forma ich podania. Są pewne zasady, którymi rządzi się działanie wyszukiwarki. Wszelcy copywriterzy, osoby tworzące content marketing czy nawet dziennikarze internetowi muszą brać te zasady pod uwagę, jeśli zależy im na lepszej pozycji w rankingach.

Co zatem jest ważne pod kątem konstrukcji artykułu? Między innymi:

Mając te informacje, zyskujesz cenną wiedzę na temat tego, jak działa Twoja bezpośrednia konkurencja – czyli firmy, których strony pokazują się na interesujące Cię frazy kluczowe w topowych wynikach wyszukiwania.

Analiza SERP, czyli narzędzie dla tych, którzy piszą pod SEO. W czym Ci pomoże? 18

Tych właśnie informacji dostarcza Analiza SERP, nowy moduł dostępny w ramach platformy Senuto. Rzecz działa tak, że wpisujesz interesujące Cię hasło, na przykład „tort na roczek” – mocna fraza biznesowa, jeśli prowadzisz cukiernię – i dostajesz raport, w którym ujęte jest TOP 10 wyników wyszukiwania w Google.

Analiza SERP jest swego rodzaju anatomią treści stworzonych przez podmioty, z którymi rywalizujesz o wysokie pozycje w wynikach wyszukiwania Google. Być może prowadzisz duży sklep e-commerce, jesteś właścicielem cukierni lub początkującym blogerem, który stara się odnaleźć swoją niszę. W każdym przypadku Analiza SERP dużo powie Ci na temat tego, z kim musisz się trochę „porozpychać” w Google, aby zrealizować swoje cele.

Wpisujemy frazę „tort na roczek” i idąc od góry, raport wygląda tak:

Analiza SERP, czyli narzędzie dla tych, którzy piszą pod SEO. W czym Ci pomoże? 19

Jak wspomniałem wyżej, z punktu widzenia SEO – optymalizacji treści pod wyszukiwarki – bardzo istotne są tytuły i nagłówki; raport Senuto dostarcza ponadto informacji o stosunku ilości tekstu do kodu html, a także długości treści i tytułu.

Analiza SERP, czyli narzędzie dla tych, którzy piszą pod SEO. W czym Ci pomoże? 20

A oto, jak poradzili sobie najlepsi w rankingu wyników wyszukiwania frazy „tort na roczek” – i jak wyglądają uśrednione wartości dotyczące długości tekstów, liczby nagłówków itd.

Analiza SERP, czyli narzędzie dla tych, którzy piszą pod SEO. W czym Ci pomoże? 21

Poniżej „medalistów” widzimy szczegółowy ranking. Na powyższym zrzucie ekranu widoczne jest tylko pięć pierwszych pozycji, ale Analiza SERP bierze pod uwagę w sumie 10 pierwszych wyników (na razie, będzie ich więcej!). Wszystkie można sobie obejrzeć i przeanalizować pod kątem statystyk. Warto również sprawdzić, jakiego meta tytułu oraz nagłówka H1 użyła konkurencja.

Analiza SERP

Na samym końcu raportu, w sekcji Słowa kluczowe, znajduje się wykaz:

Gdy połączysz to z resztą statystyk, dostaniesz wygodny i bardzo praktyczny wgląd w szereg istotnych informacji, które wykorzystasz do optymalizacji swoich tekstów pod wyszukiwarkę.

Jeśli artykuły w TOP 10 mają średnio po 4 nagłówki H2, Ty też celuj w 4 nagłówki. Jeśli najlepszy artykuł w rankingu Google ma 1200 słów, a Tobie wyszedł tekst na 800 słów, warto rozważyć wydłużenie go. Jeśli zauważasz pewien schemat w kwestii budowy tytułów tekstów, które mają wysokie pozycje, postaraj się w niego wpasować. Innymi słowy: wzoruj się na tych, którym się udało.

Dodaj do tego wiedzę na temat słów kluczowych, a zrozumiesz, ile możesz zyskać dzięki przeanalizowaniu wyników SERP pod tym kątem.

Do czego służy Analiza SERP – podsumowanie

Jeśli zatem jesteś copywriterem czy content marketerem i pisanie zgodnie z wymogami SEO jest istotną częścią Twojej pracy, analiza SERP może w znacznej mierze ułatwić Ci życie. Dzięki niej:

W ostatecznym rozrachunku chodzi o pisanie tekstów w taki sposób, by jak najbardziej zwiększyć prawdopodobieństwo znalezienia się wysoko w rankingu Google. Jak już wspomniałem, przedostanie się do topowych wyników wyszukiwania zależne jest od wielu czynników. Jeśli jednak myślisz o tej zabawie na poważnie, niech analiza SERP będzie kolejną cegiełką usprawniającą ogólne działania SEO.

Pełen opis modułu Analiza SERP znajdziesz w naszej Bazie wiedzy.

A poniżej krótkie wideo o możliwościach modułu:

Zaloguj się do Senuto i sprawdź możliwości nowego modułu!

Z błędem 404 zapewne spotkał się każdy, kto choć trochę funkcjonuje w internecie. Chcesz wejść na stronę, lecz zamiast tego, czego szukałeś, dostajesz komunikat o błędzie 404 – not found, nie znaleziono. Strona mogła na przykład zostać przeniesiona lub wpisałeś zły adres. Komunikat ten, mówiąc w uproszczeniu, może być fajny lub niefajny. Sprawiać dobre wrażenie lub złe. Z jakimi czterysta czwórkami spotkamy się na stronach www osób i firm z branży marketingu? Zrobiliśmy zestawienie przykładów i antyprzykładów.

Wyszliśmy z założenia, że kto ma robić fajne czterysta czwórki, jeśli nie osoby i firmy związane z marketingiem? Ciekawie zaprojektowana strona błędu 404 to bowiem jeden z elementów marketingu marki. Pod lupę wzięliśmy domeny z naszego nowego rankingu "100 najlepiej widocznych witryn w kategorii marketing", który już wkrótce zostanie opublikowany.

Przeczytaj też: Błąd 404 i inne czterysetki i pięćsetki. Co próbuje powiedzieć Ci Twoja przeglądarka?

Jaką rolę odgrywa strona 404?

Czy mieliśmy rację wychodząc z założenia, że czterysta czwórki stron powiązanych z marketingiem zawsze będą ślepymi uliczkami, w których nie tylko jest czysto i schludnie, ale też są tam drogowskazy, zachęty i jeszcze ładny obrazek, żeby nacieszyć oko? Nie do końca. Nie ma reguły. Niektóre strony 404 w polskim marketingu są zwyczajnie OK. Inne bardzo fajne. A część zasługuje na zdecydowanego kciuka w dół.

Zacznijmy właśnie od nich.

Tylko najpierw istotna uwaga. Nie jest naszą intencją piętnowanie konkretnych osób czy firm. Raczej wskazujemy, co jest do poprawy. Można z tych uwag skorzystać, ale nie trzeba. W obu przypadkach niech uśmiech nie znika z twarzy.

404, na które zabrakło czasu lub chęci

Strona Mfiles, po wpisaniu nieistniejącego adresu URL, wyświetla nam to:

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 22

Czyli próbowałem wejść na stronę, której nie ma i wydarzyła się mała katastrofa. Nie ma już górnego menu, nie ma logo, generalnie nie ma już strony Mfiles – jest za to chłodny napis po angielsku, na przepastnej, białej przestrzeni, informujący o błędzie. Brr.

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 23

Z kolei na tej czterysta czwórce mamy „Przykro nam”. Niżej mamy „Przykro mi” oraz „nie znalazłem to co było szukane” zamiast „tego co było szukane”. I jeszcze dla rozwiania wątpliwości dostajemy duże 404 z dopiskiem „strona nie została znaleziona”. Dobrze, że jest też przycisk Strona Główna, aby można było szybko przejść do miejsca, które nie jest dziwne.

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 24

Tu natomiast zastosowano generyczny tekst po angielsku z interpunkcyjnymi wtopami, podanym losowym adresem yourcompany.com (w który i tak nie da się kliknąć) oraz prośbą, by niedziałające linki zgłaszać zespołowi. Tylko bez wskazówki, na jaki adres trzeba wysłać zgłoszenie, by spełnić ten obywatelski obowiązek.

Czterysta czwórek w branży marketingowej, nad którymi zdecydowanie warto by popracować, jest więcej – ale w zasadzie wszystkie powielają błędy widoczne powyżej: albo są chaotyczne, albo po angielsku, albo w ten czy inny sposób niedopracowane, albo wszystko naraz.

Dla odmiany popatrzmy teraz na lepiej pomyślane strony 404.

404 bez błędu (no, albo z małymi błędami)

Co łączy twórców stron 404, które subiektywnie uznaliśmy za fajne/ciekawe/ok? Przeważnie dwa elementy: ładna grafika lub po prostu schludny design oraz konkretne propozycje dla użytkownika. Skoro już jesteś w tym ślepym zaułku, to dokąd teraz możesz się udać, co możesz ze sobą począć?

Bauer

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 25

Bauer ma pełen zestaw propozycji. I pandę, która zamiast się cieszyć, że jest tyle linków do wyboru, smuci się, że „Strona, której szukasz, nie istnieje”. Nie smuć się, pando. Jesteś na całkiem fajnej czterysta czwórce.

Wild Moose

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 26

Pozostając w klimatach zoologicznych. Teraz łosie. Dzikie łosie z Wild Moose. U nich skromnie, ale przyjemnie: uśmieszek (bo nic takiego się nie stało), wyszukiwarka i kilka podpowiedzi w kwestii wyszukiwania. Co zresztą sugeruje, że czterysta czwórka u Łosiów jest tą samą stroną, która pokazuje się również po wpisaniu do ich wewnętrznej wyszukiwarki nie rozpoznawanej frazy. Można i tak.

Sempire

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 27

Podobnie rzecz wygląda u Sempire. Tu, oprócz wyszukiwarki, mamy jeszcze jeszcze komunikat o błędzie. Obrazek jakiś mógłby być, ale nie jest konieczny.

Artefakt

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 28

O, za to u Artefaktów mamy obrazek. Całkiem kreatywnie, bo niby chodziło o znalezienie strony internetowej, a tu pani przeszukująca szafę pełną ubrań. No i jeszcze propozycja najnowszych artykułów z bloga.

Callpage

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 29

Callpage zastosowali ciekawy zabieg – na ich stronie 404 jest przycisk CTA (call to action, czyli wezwanie do działania). Trafiłeś na manowce, ale to nie szkodzi, możesz się zapisać na darmowy okres próbny i pokorzystać z naszej usługi! Sprytnie, sprytnie. Ciekawe, jaka jest skuteczność takiego zabiegu. Co do samej strony 404 – Callpage działają nie tylko w Polsce i pewnie stąd komunikat o błędzie i CTA są po angielsku. Skoro jednak trafiłem na czterysta czwórkę z polskiej wersji strony, miło by było, gdyby ona również była po polsku.

Owocni
Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 30

Owocni wygrywają nasz plebiscyt w kategorii Grafika. Świetny ten rysunek po prawej stronie! Po lewej zaś kilka linków, choć niezbyt atrakcyjnie podanych. Do tego Owocni piszą o „poczęstowaniu się najlepszymi artykułami u dołu tej strony” - tyle że u dołu strony nie ma żadnych artykułów. Mogło być bardzo dobrze, jest nieźle.
(na marginesie: czemu przepraszać, jeśli czterysta czwórka prawdopodobnie jest wynikiem błędu użytkownika?)

Cyrek Digital

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 31

Cyrek Digital ze swoim miśkiem na LSD (?) zdecydowanie dostają od nas kciuk w górę! Może wpadniemy kiedyś na tę kawę, skoro już odwiedziliśmy czterysta czwórkę. Tylko nic do niej nie dosypujcie, ok?

Nowy Marketing

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 32

I sami już nie wiemy, co lepsze – misiek na kwasie, czy dziarska staruszka ze strzelbą? Poziom absurdu (pozytywnie rozumianego) podobny.

Fabryka Marketingu

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 33

Na uwagę zasługuje 404 Fabryki Marketingu. Zastosowano tutaj coś, co rzadko pojawia się na stronach błędów, a mogłoby pojawiać się częściej: sugestia, że może użytkownik po prostu źle wpisał adres strony i warto rzucić na niego okiem. Ma to sens.

Marketer Plus

Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych) 34

I na koniec czterysta czwórka witryny Marketer Plus. Użytkownik dostaje nagrodę za zabłądzenie! I wszystkie negatywne emocje, cały ten negatywny dialog wewnętrzny – ale jestem do niczego, ale zabłądziłem, ale nie umiem surfować po internecie – zostaje zastąpiony radością z otrzymania kodu rabatowego. Ekipo z Marketer Plus, nieoficjalnie wygrywacie nasz nieoficjalny plebiscyt!

Błąd 404 jest jednym z tak zwanych kodów odpowiedzi HTTP – prawdopodobnie najpopularniejszym. Najłatwiej na niego natrafić, przeglądając strony internetowe. Ale takich kodów łącznie jest kilkadziesiąt i kilku z nich, szczególnie z klas błędów, warto przyjrzeć się bliżej. Skąd bierze się słynny 404, dlaczego warto zadbać o trzysta jedynki na swojej stronie i który błąd może oznaczać, że przyszedł czas na zresetowanie routera? Dowiedzmy się.

Błędy HTTP

Jak to właściwie się stało, że zamiast strony internetowej – Twoim oczom ukazał się komunikat o błędzie?

Patrząc od strony czysto technicznej, do serwera, na którym utrzymana jest strona, zostało wysłane zapytanie o plik z kodem HTML. Kiedy otworzysz przeglądarkę internetową i wpiszesz na przykład www.senuto.com/pl/blog, nasz serwer otrzyma zapytanie i w odpowiedzi wyświetli Ci firmowego bloga Senuto.

Kiedy jednak wpiszesz www.senuto.com/pl/gdziejestmieso, serwer otrzyma zapytanie, na które odpowiedzi nie zna. Serwer nie wie, gdzie jest mięso. Dlatego na takie zapytanie odpowie dyplomatycznym komunikatem o błędzie.

Błąd 404 to bodaj najbardziej popularny rodzaj kodu błędu. Jego słowny opis to „Not Found”, a więc nie znaleziono. Nawet nie tyle mięsa, ile po prostu adresu strony, którą wpisał użytkownik – najpewniej przez pomyłkę.

Błędy aplikacji i serwera

Ale oprócz czterysta czwórki wyróżniamy jeszcze 20 innych tak zwanych błędów aplikacji klienta, również czterysetek: 401, 402 i tak dalej. Opis niektórych z nich będzie poniżej.

Osobną kategorią są kody błędu serwera HTTP – to z kolei pięćsetki: błąd 501, 502 i tak dalej.

Błędy – czterysetki i pięćsetki – są więc pewnego rodzaju informacją, jaką uzyskujemy od serwera w odpowiedzi na zadane pytanie. Kod błędu pozwala nam rozpoznać, co się stało, gdy serwer otrzymał konkretny typ żądania.

Czemu warto się nad tym pochylić? Po co lepiej rozumieć specyfikę kodów błędów, z jakimi możemy spotkać się w internecie? Zasadniczo z trzech powodów:

Klasy odpowiedzi HTTP

Tak, odpowiedzi – bo odpowiedź nie zawsze musi być błędem. Do klasy błędów zaliczamy, jak już wspomniałem, kody 4xx i 5xx, czterysetki i pięćsetki.

Natomiast pełen spis kodów odpowiedzi wygląda następująco:

kody odpowiedzi http

Wszystkich kodów jest ponad 50. Zrobimy selekcję, skupiając się tylko na najbardziej popularnych lub wartych uwagi kodach. W zasadzie będą to same błędy – czterysetki i pięćsetki – a pośród nich jedna, samotna trzysetka. Zaczniemy właśnie od niej.



301 Moved Permanently

Komunikat ten oznacza, że jakiś zasób strony został na stałe przeniesiony pod inny adres. Przykładowo, na naszym blogu www.wspanialyblog.pl umieściliśmy artykuł pod kreatywnym tytułem „Artykuł 1”, w kategorii „Życie”.

Jego adres URL może więc wyglądać tak:

http://www.wspanialyblog.pl/zycie/artykul-1/

Taki link puściliśmy w eter. Podzieliliśmy się nim na Facebooku, zaspamowaliśmy nim wszystkie internetowe fora od Odry po Niemen i jeszcze umieściło go u siebie kilku zaznajomionych blogerów.

Po czasie jednak zmieniliśmy nazwę kategorii, w której znajduje się Artykuł 1. Teraz, zamiast „Życie”, kategoria nazywa się „Kotki”. Wraz z tym zmienił się adres URL:

http://www.wspanialyblog.pl/kotki/artykul-1/

W czym problem?

Ano w tym, że we wszystkich wspomnianych źródłach internetowych wciąż widnieje stary link! Jeśli zatem ktoś w niego kliknie, odnośnik wyprowadzi go na manowce – a konkretnie do strony wyświetlającej błąd 404. Nie ma, null, nada.

Rozwiązanie? Przekierowanie. Czyli właśnie trzysta jedynka. Serwer musi wiedzieć, że niejako nową wersją URL-a http://www.wspanialyblog.pl/zycie/artykul-1/ jest http://www.wspanialyblog.pl/kotki/artykul-1/ i to właśnie tam ma zaprowadzić użytkownika, który kliknął w stary i już nieaktualny link.

W niektórych przypadkach takie przekierowania dzieją się automatycznie – na przykład nowsze wersje WordPressa, na którym stoi nie tylko większość blogów, ale też coraz więcej sklepów, robią 301 bez konieczności ingerencji użytkownika. Zmienisz tytuł artykułu, wraz z tym zmieni się jego URL i mimo że ktoś kliknie w pierwotny URL, zostanie przekierowany we właściwe miejsce.

W niektórych przypadkach jednak przekierowanie trzeba będzie robić ręcznie – przy pomocy odpowiedniej wtyczki (WordPress) lub zapisania zmian w pliku .htaccess.

Przekierowanie przydaje się również wtedy, kiedy nie chcemy już rozwijać danej podstrony, ani też, by ludzie na nią wchodzili – a zarazem nie chcemy jej kasować, ponieważ prowadzi do niej sporo odnośników z różnych źródeł w internecie. A to zapewnia stronie ruch i podbija jej pozycję w wyszukiwarkach. W takim przypadku możemy ustawić przekierowanie i użytkowników próbujących wejść na stronę A automatycznie kierować na stronę B.

401 Unauthorized

Błąd ten ma związek z brakiem prawidłowych poświadczeń uwierzytelnienia. A mówiąc bardziej po ludzku: prawdopodobnie podałeś niewłaściwą nazwę użytkownika i/lub hasło.

Czterysta jedynka najczęściej pojawi się jako następstwo strony logowania. Podasz nieprawidłowe dane, wciśniesz enter, dostaniesz błąd 401.

Uwaga: błąd 401 nie zawsze będzie poprzedzony stroną logowania. Może być tak, że próbujesz wejść na daną stronę (np. przez znaleziony w sieci link) i od razu widzisz czterysta jedynkę. W takim przypadku warto wejść na stronę główną witryny i tam poszukać możliwości zalogowania lub utworzenia konta. Następnie, jako zalogowany użytkownik, spróbować ponownie otworzyć stronę, która do tej pory była „Unauthorized”.

Jeśli masz problemy z błędem 401 jako właściciel lub administrator strony, skontaktuj się ze swoją firma hostingową – być może po jej stronie wprowadzone są zabezpieczenia, które powodują problemy.

403 Forbidden

Zakaz wstępu. Dlaczego zobaczyłeś komunikat o treści 403? A na przykład dlatego, że próbujesz dostać się na stronę, na której właściciel przechowuje prywatne dane, albo do której dostęp mają wyłącznie pracownicy danej organizacji.

Jak nietrudno wywnioskować, z błędem 403 niewiele zdziałasz jako zwykły użytkownik. Można ewentualnie skontaktować się z właścicielem strony i poprosić go o dostęp.

Jeśli natomiast jesteś właścicielem strony i chcesz uniemożliwić dostęp do pewnych jej zasobów, jedną z metod jest zablokowanie konkretnych adresów IP (lub całego zakresu adresów) przy pomocy pliku konfiguracyjnego .htaccess.

404 Not Found

Nie znaleziono, bo nie ma. Jako użytkownik prawdopodobnie coś pomyliłeś, wpisując adres URL w oknie przeglądarki (może literówka) lub po prostu próbujesz wejść na nieistniejącą podstronę danej witryny. To jednak nie jedyne przyczyny, dla których może nam się ukazać bodaj najpopularniejszy rodzaj błędu w internecie, jakim jest 404. Wypiszmy pozostałe potencjalne przyczyny.

Stronami, gdzie z największym prawdopodobieństwem możemy zobaczyć czterysta czwórkę, są właśnie wszelkiego typu e-commerce: internetowe księgarnie, sklepy z ubraniami, serwisy aukcyjne, jak Allegro, i tak dalej.

Błąd 404 na stronie Lego
Lego też ma swoją stronę 404.

Ze stronami 404 sytuacja jest w pewnym sensie zero-jedynkowa. Mogą być albo nieciekawe lub wręcz brzydkie, i w formalny i równie nieciekawy sposób komunikować użytkownikowi, że znalazł się na pustej stronie.

Błąd 404 i inne czterysetki i pięćsetki. Co próbuje powiedzieć Ci Twoja przeglądarka? 35
Internet Explorerze, nie tęsknimy.

No, albo strony 404 mogą być na swój sposób kreatywne, ładne i zachęcać użytkownika, że skoro już gdzieś po drodze źle skręcił, to nic się nie stało, bo teraz może na przykład zapisać się do newslettera lub – jeśli to sklep internetowy – przejrzeć przecenione produkty.

Sprawdź też nasze zestawienie: Strony błędu 404 w polskim marketingu. Najfajniejsze przykłady (plus kilka niefajnych)

Błąd 404 a SEO strony

Kreatywna czterysta czwórka to jedna rzecz, o jaką warto zadbać, jako właściciel czy administrator strony. Kolejną jest redukcja czterysta czwórek. Ponownie wracamy do tematu przekierowań. Jeśli dana podstrona zmieniła adres lub przestała istnieć, użytkownika przeważnie lepiej przekierować na inną, działającą podstronę, niż serwować mu napis 404.

Strona z komunikatem o tym błędzie przeważnie przyczynia się do zwiększenia współczynnika odrzuceń. O odrzuceniu mówimy wtedy, kiedy użytkownik wchodzi na stronę – i szybko z niej wychodzi. Google utrzymuje, że błędy 404 na stronie nie wpływają na jej pozycjonowanie w wyszukiwarce. I prawdą jest, że bezpośredniego powiązania nie ma. Jest za to pośrednie. Bo to wysoki współczynnik odrzuceń może negatywnie odbić się na SEO strony – a na jego zwiększenie wpływ mają czterysta czwórki. Warto więc eliminować je, w miarę możliwości.

Błąd 404 i inne czterysetki i pięćsetki. Co próbuje powiedzieć Ci Twoja przeglądarka? 36

408 Request Timeout

Strona się ładuje. I ładuje. I ładuje... aż w końcu wyrzuca błąd 408. Przekroczono limit czasu żądania.

Jak wszystkie czterysetki, i 408 jest kodem błędu występującego po stronie użytkownika (przynajmniej w teorii).

Jeśli widzisz błąd 408, to pozwól, że powiem to ja, nim przez telefon powie to konsultant(ka) Twojego operatora internetowego: proszę sprawdzić, czy inne strony też ładują się wolno lub wcale i jeśli tak, to zresetować router, a następnie odświeżyć stronę.

Zbyt długi czas, w jakim przeglądarka próbuje nawiązać połączenie z serwerem, najprawdopodobniej ma związek z Twoim łączem internetowym.

Ale istnieje też niewielkie prawdopodobieństwo, że to jednak ustawienia serwera powodują wystąpienie czterysta ósemki. Jako administrator strony możesz sprawdzić plik konfiguracyjny – określa on, po jakim czasie żądanie HTTP ma zostać odrzucone. Zwiększenie limitu może pomóc na często (i zbyt szybko) pojawiający się błąd 408.

500 Internal Server Error

Z niewiadomych przyczyn serwer nie może przetworzyć zapytania wysłanego przez użytkownika. Wchodzisz więc na stronę sklepu z elektroniką, która to strona zawsze działała, a dziś jak na złość wywala pięćsetkę.

I to akurat w Black Friday, dzień największych wyprzedaży! Co za pech.

Pech, ale może nie przypadek, że akurat w Black Friday.

Pięćsetka może pokazywać się wtedy, kiedy serwer jest przeciążony. Za dużo osób naraz próbuje wejść na stronę, która nie została przygotowana na tak duży ruch. Może zdarzyć się w dzień wyprzedaży albo na koniec semestru, kiedy studenci szturmują stronę z wynikami egzaminów.

Fachowo nazywa się to przeciążeniem serwera, spowodowanym zbyt dużą liczbą zapytań.

Inne możliwe przyczyny wystąpienia błędu 500 to na przykład:

Jako użytkownik możesz po prostu odświeżyć stronę – najprostsza metoda bywa skuteczna. Jeśli to nie pomoże, wyczyść cache i ciasteczka i uruchom przeglądarkę ponownie. Albo pogódź się, że tym razem nie uda Ci się kupić tej wypasionej hulajnogi elektrycznej z rabatem 30 procent i wyjdź sobie na spacer.

Natomiast jako właściciel czy administrator strony, na pewno warto zainteresować się przyczyną wystąpienia błędu 500 i, jeśli to możliwe, usunąć ją. Podobnie zresztą, jak każdy inny błąd serwera.

503 Service Unavailable

Opisany powyżej błąd 500 jest dość enigmatyczny – wiadomo, że jest jakiś błąd, ale serwer nie może szczegółowo określić jego przyczyny.

Pięćset trójka jest za to bardziej konkretna. Oznacza, że serwer w tej chwili nie może obsłużyć żądania – załadować strony – z powodu przeciążenia (i znów licho wzięło hulajnogę minus 30 procent) lub zaplanowanych prac konserwacyjnych.

Jeśli jesteś właścicielem lub administratorem strony i zaskoczył Cię błąd 503, spróbuj zrestartować serwer (o ile strona stoi na serwerze dedykowanym). Ustal też, czy Twoja firma hostingowa właśnie nie prowadzi prac konserwacyjnych. Jeśli tak, to na ten czas powyłączali serwery i trzeba poczekać na ponowne ich włączenie.

504 Gateway Timeout

Błąd podobny do omawianego wyżej 408 – z tym że tu winowajcą definitywnie jest serwer. A ściślej brak odpowiedniej komunikacji między serwerami, na których stoi strona internetowa.

Jeśli przesył informacji między nimi trwa zbyt długo, użytkownik zamiast ładnej strony dostanie błąd 504.

Przyczyn takiego stanu rzeczy może być przynajmniej kilka, toteż wymagana jest uwaga ze strony administratora – i pewnie poszukanie fachowej wiedzy, by zlokalizować prawdziwą przyczynę i wyeliminować ją.

Powyższa lista jest subiektywną selekcją kodów odpowiedzi HTTP, które warto znać. Komunikatów, a wśród nich – błędów, jest znacznie więcej i z pełną listą można zapoznać się na Wikipedii.

Strona wyników wyszukiwania Google, czyli SERP, stale ewoluuje. Dawno, dawno temu zawierała jedynie prosty spis odnośników do stron. Dziś w Google jest znacznie bardziej kolorowo. Tym, co dziś pokazują SERP-y, a czego dawniej nie było, jest między innymi Direct Answer. Wraz z pojawieniem się tej funkcjonalności, w świecie SEO od razu powstało pytanie: jak dostać się do Direct Answer?

Co to jest Direct Answer?

Direct Answer to bezpośrednia odpowiedź na pytanie wpisane w Google. Występuje również pod innymi nazwami: featured snippet, Google answer box, fragment z odpowiedzią i pozycja zero. Wszystko to są synonimy. Tu będziemy stosować zamiennie „Direct Answer” i „pozycja zero”. Zastanowimy się, jakie są wady i zalety tej funkcjonalności oraz najważniejsze – jak przebić się na pozycję zero.

Czemu „pozycja zero”?

Otóż dlatego, że Direct Answer znajduje się powyżej wszystkich innych wyników wyszukiwania. Tak, nawet powyżej reklam.

direct answer

Direct Answer zaznaczyłem na czerwono, a pierwszy wynik wyszukiwania znajduje się niżej (gdyby nie okienko Direct Answer, byłby on na samej górze).

Jak widać, jest to bezpośrednia odpowiedź na wpisane w Google zapytanie „jak ugotować bób”. Voila. Prosty przepis, od razu wiadomo, co i jak.

Z technicznego punktu widzenia, pole Direct Answer obejmuje:

Umieszczona w Direct Answer treść może być prostym kawałkiem tekstu, ale również wypunktowaną listą albo tabelą. Tak jak w poniższym przykładzie:

Jak dostać się do Direct Answer w 2020 roku? 37

Wiele haseł, jakie zobaczymy w Direct Answer, dotyczy słownikowych pojęć. Króluje, oczywiście, Wikipedia. Jak pokazuje narzędzie Direct answer w Senuto, polska Wiki indeksuje aż 76 675 podstron na pozycji zero! W tym takie hasła, jak: apostrof, http, faszyzm, kwartał, konflikt, kolka nerkowa, popęd seksualny...

Jak dostać się do Direct Answer w 2020 roku? 38

… albo kotylion. Ładne słowo.

Często jednak Direct Answer jest bezpośrednią odpowiedzią na zapytania zaczynające się od:

i tak dalej.

Jak dostać się do Direct Answer w 2020 roku? 39

Na przykład: ile można mieć promili.

Wady i zalety Direct Answer

Może się wydawać, że znalezienie się w Google na pozycji zerowej, ponad wszystkimi konkurentami, to sytuacja doskonała. No, nie do końca. Direct Answer to dobra rzecz, jednak – z punktu widzenia właściciela strony – nie bez wad.

Zacznijmy od wypunktowania zalet i wad, a dalej będzie wyjaśnienie.

Zalety dostania się do Direct Answer:

Wady:

Miło być na górze

Najważniejsza zaleta wynika z samej natury Direct Answer – to jest znalezienie się tuż pod polem do wpisywania zapytań w Google. Direct Answer jawi się pod postacią wyraźnego prostokąta. Zdecydowanie rzuca się w oczy i wyróżnia na tle „zwykłych” wyników wyszukiwania.

To swego rodzaju nobilitacja: jeśli Google pokazuje dany wynik jako definitywną odpowiedź na moje pytanie, to musi to być coś dobrego. I faktycznie, często takie jest. W końcu to mądrze zaprogramowane roboty Google'a oceniły treść na danej stronie jako na tyle wiarygodną, że można ją pokazać na pozycji zerowej.

Patrząc oczami użytkownika, z jakimi słowami budzi skojarzenie taka strona? Czy będą to: ekspert, zaufanie, najlepsza? Właśnie.

Obosieczny miecz

To, że odpowiedź na zadane pytanie widzimy już w wynikach wyszukiwania Google, jest dla właścicieli stron obosiecznym mieczem. Z jednej strony – super, że widać nas najwyżej. Z drugiej – jeśli użytkownik dostał to, czego szukał, jeszcze przed wejściem na stronę, to czy przypadkiem właśnie nie uciekło mi kliknięcie? Właśnie.

Zasada ta nie sprawdzi się jednak w każdym przypadku.

Wróćmy do przykładu z promilami. Jeśli ktoś zadaje pytanie „ile można mieć promili”, wtedy krótka odpowiedź „jeśli masz mniej niż 0,2 promila, to możesz śmiało jechać nawet i na koniec świata” w większości przypadków będzie w pełni zadowalająca. Chyba że ktoś chce pokopać w temacie, dowiedzieć się na przykład, jaka jest różnica między stężeniem alkoholu w wydychanym powietrzu a we krwi.

Taka osoba wejdzie na stronę, by poczytać. Ale pozostali – pewnie znaczna większość szukających – nie wejdą.

Problem ten dotyczy tylko niektórych haseł – takich, na które odpowiedź może być prosta i zwięzła. Inaczej będzie z kwestiami bardziej skomplikowanymi…

Jak dostać się do Direct Answer w 2020 roku? 40

Jeśli ktoś na poważnie chce poznać przekonania płaskoziemców i być może raz na zawsze zweryfikować, jak to jest z tą kulistą Ziemi, Direct Answer nie wystarczy. Trzeba kliknąć i przeczytać więcej.

W takim przypadku strona, która dostała się na zerową pozycję w Google, może ściągnąć sporo ruchu z wyszukiwarki.

Toteż odpowiedź na pytanie, czy pojawienie się w Direct Answer jest dobre, czy złe, brzmi jak zawsze: to zależy. Na pewno warto zmierzyć, czy pozycja zerowa przynosi ruch na stronę, czy wręcz przeciwnie – przyczynia się do spadku wejść z Google. W zweryfikowaniu tego pomoże Google Analytics.

Jeśli nie chcesz, by Google zaciągnął Twoją stronę do Direct Answer, możesz mu to uniemożliwić, używając taga nosnippet. Więcej o tym, jak to zrobić, przeczytasz tutaj.

No dobrze, to teraz z drugiej mańki.

Jak dostać się do Direct Answer?

Definitywnej odpowiedzi na to pytanie brak. Działanie algorytmów Google w pewnej mierze pozostaje tajemnicą – nawet dla samych twórców wyszukiwarki, którzy przyznają, że choć wiedzą i rozumieją, jak wprowadzone przez nich mechanizmy działają, to nie zawsze do końca są świadomi, co one tak naprawdę robią.

Jeśli chcemy osiągnąć efekty SEO, musimy działać zgodnie z najnowszą wiedzą i najlepszymi praktykami. Stuprocentowej gwarancji sukcesu nie ma nigdy, ale można zagrać o bardzo wysokie prawdopodobieństwo.

A może już jesteś w Direct Answer?

Najłatwiej użyć Senuto, aby sprawdzić, na ile fraz Twoja strona już teraz pokazuje się na pozycji zero. Służy do tego wspomniane wcześniej narzędzie Direct Answer w Analizie widoczności i Monitoringu.

Zobaczmy, jak statystyki wyglądają dla Onetu:

Jak dostać się do Direct Answer w 2020 roku? 41

Jeden z największych polskich portali informacyjnych ma ponad 1500 fraz w Direct Answer.

Jakie to frazy? Zejdźmy niżej:

Jak dostać się do Direct Answer w 2020 roku? 42

i widzimy wszystkie hasła, na które Onet widoczny jest na pozycji zero.

Najpierw wejdź na pierwszą pierwszą stronę

Aby dostać się do Direct Answer, przede wszystkim musisz pozycjonować się na daną frazę na pierwszej stronie wyników wyszukiwania. Tylko strony, które zajmują pozycję 1-10 w Google mają szansę wskoczyć na pozycję zero. Dalsze pozycje nie są brane pod uwagę.

Zawalczenie o topowe pozycje w wyszukiwarce może być nie lada wyzwaniem – szczególnie, kiedy mówimy o popularnych frazach i silnej konkurencji. Z pewnością przyda Ci się wiedza o słowach kluczowych oraz o zasadach tworzenia tekstów SEO.

Słowa kluczowe wyszukasz w Bazie słów kluczowych Senuto i tam też sprawdzisz najbardziej potrzebne informacje: jaka jest średnia liczba wyszukiwań danej frazy w miesiącu, jakie pytania w związku z nią są wpisywane w Google, które strony wysoko się pozycjonują na tę frazę i tak dalej.

Jak dostać się do Direct Answer w 2020 roku? 43

Aktualną pozycję swojej strony w Google sprawdzisz w module Analiza widoczności. Zaobserwujesz wzrosty i spadki, a także to, jak w tym samym czasie radzi sobie konkurencja. Analiza konkurencji pokaże Ci jedną z trzech rzeczy, do wyboru:

Informacje, które z tej analizy wyciągniesz, pomogą Ci zdecydować, w które frazy warto „inwestować”, na przykład tworząc dodatkowy content na stronę czy wzmacniając linkowanie wewnętrzne.

Dla wygody możesz założyć również projekt w Monitoringu, gdzie podasz swoją domenę oraz słowa kluczowe, które chcesz monitorować. Wybierzesz też konkurentów, aby mieć punkt odniesienia.

I tak będziesz sobie monitorować i aktywnie pracować nad wybiciem się na pierwszą stronę wyników wyszukiwania, by w dalszej kolejności móc wybić się na pozycję zero.

Wyżej podałem link do poradnika dotyczącego słów kluczowych oraz pisania tekstów SEO. Mogą Ci się przydać również poradniki blogowe:

Kiedy już jesteś na pierwszej stronie

A więc Twoja strona pokazuje się już w TOP10 wyników wyszukiwania danej frazy. Co teraz zrobić, żeby dostać się do Direct Answer? Przede wszystkim zawartość Twojej strony musi przekonać roboty Google, że dokładnie odpowiada na pytanie zadane przez użytkownika wyszukiwarki.

Direct Answer występuje w kilku podstawowych formach: listy, paragrafu i tabeli. Do tego dochodzą również wyniki zero pod postacią grafiki, filmu na YouTube czy mapki. O tym szerzej pisała Karolina Matyska przy okazji rozpracowywania tematu featured snippets. Tu napiszę tylko o tekstowych wersjach Direct Answer.

W każdym przypadku zadbaj o odpowiedni tytuł, meta tytuł, meta opis i adres URL. Wszystkie te atrybuty również powinny zawierać frazę kluczową (czyli pytanie, na które odpowiedź ma się pojawić na pozycji zero).

Na koniec warto podkreślić to, co pisałem wcześniej: działania skoncentrowane na optymalizowaniu strony pod Google działają raczej na zasadzie prawdopodobieństwa sukcesu, zamiast ten sukces gwarantować. Nie inaczej jest w przypadku wejścia do Direct Answer.

Google cały czas powiększa listę haseł, które po wpisaniu do Google dadzą użytkownikowi jasną i klarowna odpowiedź, zamkniętą w prostokącie na samej górze SERP (strony z wynikami wyszukiwania). Jeśli więc danego hasła jeszcze w Direct Answer nie ma, a podejrzewasz, że może się tam pojawić – działaj zawczasu. Sprawdzaj trendy w Google, może to być pewien trop wskazujący na to, dla których fraz wkrótce pojawi się pozycja zero w wyszukiwarce.

I pamiętaj, że każda pozycja w Google – czy to zerowa, czy pierwsza, czy dziesiąta – nigdy nie jest posiadana, a jedynie dzierżawiona. To dobra i zła wiadomość. Dobra, bo nawet jeśli dziś nie ma Cię w Direct Answer, to jutro możesz być. Zła, bo działa to również w drugą stronę.

Jak zwiększyć ruch na stronie, to jest dobre pytanie. Nie należy do rzadkości sytuacja, w której strona pełna świetnych materiałów czy ofert praktycznie nie zbiera ruchu. Lub zbiera go za mało, żeby przegonić smutek i zwątpienie w sens rozwijania jej. Może być też tak, że odwiedzin jest całkiem sporo, ale strona weszła w swego rodzaju fazę plateau – nowych użytkowników nie przybywa. Szklany sufit. Jak to zmienić?

Jak ściągnąć ruch na stronę, której statystyki ledwo odbijają się od ziemi, i jak zwiększyć ruch na dalszych etapach jej rozwoju? Bez względu na to, czy prowadzisz bloga, sklep internetowy, serwis informacyjny czy jakikolwiek biznes w internecie, znajdziesz tu sporo wskazówek. Nim jednak przejdziemy do konkretów, potrzebujemy zwrócić uwagę na prostą zasadę:

Jeśli chcesz zwiększać ruch, musisz mierzyć ruch

Podpięty pod stronę Google Analytics nie tylko powie ci o postępach, jakie robisz, ale również pokaże, co i w jakim zakresie możesz poprawić. Dzięki licznym wykresom możesz łatwo zyskać dostęp do tony wartościowych danych: liczby odwiedzin na stronie, użytkowników nowych i powracających, średniej długości sesji na stronie czy źródeł ruchu.

najlepszy artykuł – urban.one
Źródło: Google Analytics

Właśnie, źródła ruchu. Możemy wyróżnić ich wiele, ale cztery główne w Google Analytics to:

Skąd jeszcze może pochodzić ruch? A na przykład z reklam displayowych, czyli wszechobecnych grafik i banerów promocyjnych, umieszczanych na różnych stronach, które 1/3 internautów i tak radośnie blokuje przy pomocy wtyczki AdblockPlus.

Może pochodzić również z sieci afiliacyjnej (źródło zaliczane często jako referral), dzięki linkom umieszczanym na stronach w ramach programów partnerskich. O marketingu afiliacyjnym opowiadał Craig Campbell podczas webinaru Senuto, można sobie obejrzeć:

Po co badać ruch?

Analizowanie źródeł ruchu jest ważne o tyle, że pozwala śledzić efektywność prowadzonych działań marketingowych. Jeśli dane pokazują, że możemy usprawnić działania socialowe – usprawnijmy działania socialowe, i tak dalej. Ale też pomagają lepiej rozpoznać (potencjalnego) klienta i ewentualnie lepiej targetować kolejne treści.

Jeśli sprzedajemy golarki dla mężczyzn, a na naszą stronę trafiają głównie dziewczyny w przedziale wiekowym 18-24, to niekoniecznie oznacza coś złego – choć wydaje się, że targetem powinni być mężczyźni. Ale co, jeśli panie wchodzą po to, żeby kupować prezenty dla mężczyzn? To całkiem prawdopodobne. Wtedy warto wykorzystać ten ruch, na przykład tworząc dodatkowe artykuły w temacie “Jak wybrać golarkę dla mężczyzny”.

Ważniejsze od tego, kto wchodzi na naszą stronę, jest to, z kogo mamy więcej “pożytku”. Czyli, na przykład, kto z tych osób faktycznie dokonuje zakupu. Jeśli na stronę w zamyśle przeznaczoną dla mężczyzn wchodzą głównie kobiety, ale wchodzą po to, żeby kupić, to problemu nie ma. Jeśli natomiast notujemy mało odwiedzających mężczyzn, a za to więcej kobiet i w dodatku sprzedaż stoi, to znaczy, że coś robimy nie tak.

Jeśli chodzi o prowadzenie ruchu na swoją stronę i zamienianie odwiedzających w klientów, jest dużo rzeczy, które można zrobić nie tak.

Ale jest i tak samo dużo dobrych praktyk, które mogą świetnie zadziałać.

Wszystkie niżej rozpisane punkty łączy jedno: w zwiększaniu ruchu na stronie trzeba być proaktywnym.

No to lecimy.

1. Prowadź kampanie PPC

Ten punkt nie bez powodu jest pierwszy. Zaraz stanie się to jasne.

PPC znaczy pay per click, czyli opłata za kliknięcie. Taki model reklamy jest najbardziej charakterystyczny dla Google i usługi dawniej zwanej Adwords, a dziś po prostu Ads. PPC wraz z SEO (metodami optymalizacji strony pod wyszukiwarki) są dwoma sposobami pozyskiwania ruchu z Google, i jednymi z najskuteczniejszych w ogóle.

W modelu PPC nie płaci się za wyświetlenie reklamy użytkownikowi. Pieniądze z konta reklamodawcy pobierane są dopiero wtedy, kiedy użytkownik wejdzie na stronę. Koszt kliknięcia uzależniony jest m.in. od konkurencyjności frazy, na którą chcemy się reklamować.

Reklama ustawiona na frazę „biura do wynajęcia Warszawa” będzie sporo droższa niż w przypadku „weterynarz Warszawa” – bo choć weterynarzy szukamy w Google częściej, to jednak zdecydowanie większe pieniądze są w branży nieruchomości. Agencje mogą wydać znacznie więcej na pozyskanie jednego klienta niż kliniki weterynaryjne, ponieważ dla nich jedna transakcja będzie warta nawet kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy złotych. W przeciwieństwie do weterynarza, gdzie częściej operuje się setkami niż tysiącami złotych.

9 sposobów, jak zwiększyć ruch na stronie 44

Kiedy wpiszemy w Google „biura do wynajęcia Warszawa”, pierwsze kilka wyników będzie sponsorowanych (oznaczone jako reklama). Jak wynika z danych oszacowanych przez Senuto, właściciele tych stron za każde kliknięcie zapłacą dobrze powyżej 20 zł (kusiło, ale jednak nie, nie kliknąłem dla zabawy, nie będę taki). Gdyby byli weterynarzami i reklamowali swoje warszawskie przychodnie, szacunkowy koszt za kliknięcie (CPC, cost per click) wynosiłby przeciętnie 3 złote.

9 sposobów, jak zwiększyć ruch na stronie 45
Baza słów kluczowych w Senuto pozwala na sprawdzenie między innymi szacunkowej kwoty (CPC), jaką trzeba by wydać w systemie Google Ads, aby uzyskać podobny ruch do ruchu generowanego z działań SEO.

Kampanie PPC na dłuższą metę wychodzą drożej niż działania SEO, ale mają tę niezaprzeczalną zaletę, że działają od razu. Na efekty optymalizacji pod wyszukiwarki czekać trzeba nieraz miesiącami. Z kolei reklama w Google działa tu i teraz – ustawiasz i masz, a jak ktoś kliknie, to płacisz.

Z tego powodu PPC, jako metoda na ściągnięcie ruchu na stronę, jest doskonała na początku działalności (i dlatego piszę o niej jako o pierwszej). Na tym etapie SEO jeszcze nie przyniosło efektów i trzeba uzbroić się w cierpliwość. Kanały w social mediach – fanpage na Facebooku czy strona na Instagramie – dopiero zaczynają łapać fanów. Newsletterów z linkami do strony nie ma komu wysyłać, bo baza dopiero się buduje.

Co zatem zrobić? Ściągnąć płatny ruch. Blogerzy czy biznesy obliczone na powolny rozwój mogą pominąć tę metodę. Jeśli nie spieszy się ze ściąganiem ludzi na stronę, lepiej spokojnie inwestować w SEO – efekty pojawią się z czasem i będą bardziej trwałe. Jeśli jednak jesteś właścicielem sklepu e-commerce i chcesz sprzedawać od samego początku działalności, PPC jest rozwiązaniem dla Ciebie.

Co istotne w przypadku PPC, metoda ta pozwala precyzyjnie ustawić typ odbiorcy, jakiego chcemy pozyskać. Lokalizacja to jedno, ale poza tym możemy zdefiniować, czy bardziej zależy nam na kobietach, czy na mężczyznach; ustawiamy również preferowany wiek, a nawet wykształcenie.

Określamy też cel kampanii reklamowej. Jeśli mamy nowego e-booka, którym chcemy podzielić się z odbiorcami, możemy ich kierować z Google bezpośrednio na stronę, z której go ściągną. Podobnie w przypadku, kiedy prowadzimy czasową promocję na konkretne produkty czy chcemy rozreklamować jakieś specjalne wydarzenie.

Podsumowując wątek PPC: metoda ta sprawdzi się świetnie, jeśli w danym okresie potrzebujemy zwiększyć i odpowiednio ukierunkować ruch. Szczególnie przydatne na początku działalności. Z czasem efekty zaczynają przynosić działania SEO i wielu właścicieli stron zdecydowanie przenosi ciężar inwestycji właśnie na naturalne pozycjonowanie. Przeważnie nie rezygnują jednak całkowicie z PPC. To dwa uzupełniające się źródła ruchu i umiejętne eksploatowanie obu przynosi rewelacyjne rezultaty.

2. Twórz treści z potencjałem wyszukiwania w Google (problem Antoniego Żądło)

W internecie istnieje całe mnóstwo świetnych jakościowo treści, na które nikt nigdy nie trafi z wyszukiwarki. Powód? Nie odpowiadają na żadne konkretne zapytanie.

Gdy otworzymy jakieś opiniotwórcze czasopismo, znajdziemy w nim również felietony. Teksty dziennikarskie, gatunkowo dość bliskie literaturze. Swobodna forma, tytuł niekoniecznie nawiązujący do treści, brak tezy sformułowanej na początku artykułu, luźne łączenie faktów. Tak może wyglądać typowy felieton.

Tekst, który z przyjemnością przeczytamy w gazecie, a na który w życiu byśmy nie trafili z Google, gdyby był wpisem opublikowanym na przykład na blogu. Zwyczajnie by się w tej wyszukiwarce nie indeksował. Bo niby na jakie hasło? Co trzeba by wpisać, żeby na ten materiał trafić?

No, chyba że ktoś specjalnie wpisze w wyszukiwarkę „felietony Antoniego Żądło” i w ten sposób trafi na stronę autora, wypozycjonowaną pod tę właśnie frazę.

Ale jeśli założymy, że fikcyjny Antoni Żądło nie jest znanym publicystą prasowym, tylko człowiekiem starającym się przebić w internecie, to taki scenariusz jest zgoła nieprawdopodobny. Antoniego Żądło nikt nie zna, więc nikt nie szuka go w Google.

Antoni może z powodzeniem promować swoją twórczość na przykład na Facebooku (zakładając fanpage pod tytułem, oczywiście, “Żądło Prawdy”). Jeśli jednak myśli o tym, jak zwiększyć ruch na stronie i w tym celu ściągnąć do siebie użytkowników Google, musi myśleć jak użytkownicy Google. 

Będzie to oznaczało pójście ze swoim wewnętrznym artystą na pewien kompromis. Artykuły bowiem muszą być skonstruowane wokół konkretnej frazy kluczowej. Co, niestety, w ten czy inny sposób odbija się na swobodzie pisania.

Gra może być jednak warta świeczki.

Jeśli Google uzna, że artykuł Antoniego warto pokazać u góry wyników wyszukiwania na dane hasło, to jego strona zanotuje sporo nowych odwiedzin. To, jak liczba kliknięć koreluje z pozycją w Google, sprawdziliśmy w badaniu Co wiemy o CTR z SEO? (CTR to stosunek liczby kliknięć do liczby osób, które zobaczyły dany link)

A jak wybrać odpowiednią frazę kluczową, wokół której napisać tekst? Przede wszystkim warto korzystać z Bazy słów kluczowych Senuto – to prawdziwa skarbnica podpowiedzi.

baza słów kluczowych

Zapoznaj się też z tym tekstem: Wyszukiwanie słów kluczowych – przewodnik krok po kroku. Dzięki niemu dobrze zrozumiesz temat i, jeśli zechcesz, zaczniesz zwiększać ruch na stronie dzięki odpowiedniemu doborowi i wykorzystaniu fraz kluczowych.

Nie musisz być Antonim Żądło ani w ogóle blogerem. Jeśli prowadzisz biznes w sieci, tym bardziej powinieneś tworzyć treści, na które będą trafiać użytkownicy Google.

Zasady dla wszystkich są takie same, zmienia się jedynie kontekst.

Przydatne informacje znajdziesz w artykułach:

3. Twórz tytuły, w które ludzie klikną (i które Google “załapie”)

Mało kto kliknie w tekst pod tytułem „Podsumowanie książki Nieznośna lekkość bytu”. Ale jeśli wyciągniesz coś interesującego z treści książki – jakiś ciekawy cytat czy odważną tezę i umieścisz to w pierwszym zdaniu tytułu, a dopiero dalej napiszesz „Podsumowanie książki Nieznośna lekkość bytu”, masz o wiele większą szansę na zaciekawienie użytkownika.

Użytkownika, który przecież scrolluje tego facebooka i ze znudzoną miną czeka na to, aż coś go wreszcie porwie do tańca. Niech tytuł Twojego tekstu będzie jak Uma Thurman w “Pulp Fiction”, która namówiła opornego Johna Travoltę do wyjścia na parkiet i świetnie się złożyło, bo koniec końców dostaliśmy jedną z najlepszych scen tanecznych w historii kina.

Uma thurman John travolta
Co by było, gdyby nie uwodzicielska moc tytułu, tfu, postaci granej przez Umę?

To jest jeden aspekt: atrakcyjność tytułu, coś, co wzbudza zainteresowanie i motywację do kliknięcia.

Drugi aspekt, to zgodność tytułu z SEO. O właściwej, z punktu widzenia wyszukiwarki, konkstrukcji tekstów na stronę warto przeczytać w naszym artykule Pozycjonowanie bloga. Jak się do tego zabrać?. Znajdujące się tam wskazówki są do zastosowania nie tylko w przypadku bloga, ale każdej strony, na której publikowane są treści. Przedstawione zasady są uniwersalne.

I jeśli chodzi o dostosowanie tytułu pod wyszukiwarkę internetową, powinien on zawierać frazę kluczową. To ona – przynajmniej w teorii – jest tym, czego użytkownik poszukuje w internecie.

Sporo pomysłów na artykuły wraz z propozycjami tytułów znajdziesz w tekście O czym pisać na blogu? 9 źródeł tematów i 34 gotowe pomysły na artykuł. Ponownie, to nie musi dotyczyć tylko bloga. Jeśli zamierzasz zwiększać ruch na stronie przy pomocy różnego rodzaju treści, naucz się tytułować je w sposób:

  1. a) atrakcyjny z punktu widzenia odbiorcy, pobudzający zainteresowanie,
  2. b) zgodny z zasadami SEO – czyli, w praktyce, wciśnij do tytułu frazę kluczową. Najlepiej na samym początku tytułu, ale jak się nie uda na początku, to też źle nie będzie.

4. Rób SEO

SEO, jak już wspomniałem wcześniej, to ogół działań skoncentrowanych na optymalizacji strony (tudzież treści) pod wyszukiwarkę. Celem jest to, aby witryna była lepiej widoczna w Google. Lepsza widoczność oznacza więcej odwiedzin.

Jeśli strona, na dane frazy kluczowe, widoczna jest dopiero na drugiej lub jeszcze dalszej stronie wyników wyszukiwania, ruchu z Google raczej nie ma co się spodziewać. Z kolei im bliżej TOP3, tym więcej osób nie tylko zobaczy odnośnik, ale też kliknie w niego.

Istotną rolę odgrywa tu regularne doglądanie, jak strona radzi sobie w Google.

Weźmy sobie na przykład znaną i lubianą stronę Filmweb.pl i przepuśćmy ją przez Analizę widoczności w Senuto. Widzimy, na ile fraz widoczna jest w TOP3, TOP10 oraz TOP50 i czy w ostatnim czasie zaliczała wzrosty, czy spadki widoczności.

Niżej w Analizie widoczności zobaczymy też frazy kluczowe, na jakie widoczna jest strona. Szczególnie przydatne jest wyłuskanie tak zwanych quick wins (trzeba przejść do zakładki Pozycje). To frazy, na które można stosunkowo łatwo zwiększyć widoczność i wskoczyć z pozycji 11-20 na pozycje 1-10, tym samym stwarzając znacznie większy potencjał do generowania ruchu na stronie.

Co jeszcze pokaże nam Analiza widoczności? Wzrosty i spadki – które frazy w ostatnim czasie poszły do góry, a które spadły w Google. Konkurencję – z jakimi serwisami konkurujemy o pozycje w wynikach wyszukiwania? Kanibalizację – które podstrony naszej witryny zostały zoptymalizowane pod tę samą frazę kluczową.

Pod daną frazę powinna być zoptymalizowana tylko jedna podstrona i jeśli tak nie jest, to warto to naprawić. W przeciwnym razie Google będzie otrzymywać z Twojej witryny sprzeczne sygnały, co wpłynie negatywnie na pozycjonowanie. Więcej przeczytasz w tekście Kanibalizacja słów kluczowych – jak ją wykryć i jak sobie z nią radzić?

Dodatkowo do prześledzenia konkurencji przydaje się narzędzie Analiza konkurencji. W nim sprawdzisz:

Oto fragment porównania wspólnych słów kluczowych Filmweb.pl i jego najbliższego konkurenta Telemagazyn.pl. Kiedy konkurent pozycjonuje się wyżej na określone frazy kluczowe, zgarnia na swoją stronę ruch, który mógłby należeć do Ciebie.

Jak konkurencja to robi, że jest wyżej od Ciebie? Czynników, które na to wpływają jest wiele, ale jednym z istotniejszych jest sposób budowy treści na stronie: jaki zastosowano tytuł, ile nagłówków H2 i H3, jaka jest długość artykułu i tak dalej. Wszystkie te atrybuty możesz sprawdzić w Analizie SERP. Dostarczy Ci ona anatomiczny przekrój materiałów publikowanych przez swoją konkurencję. Dzięki temu sam lepiej możesz dostosować swoje treści, by pozycjonowały się wyżej i ściągały więcej ruchu. Temat szerzej rozwinięty jest tutaj: Analiza SERP, czyli narzędzie dla tych, którzy piszą pod SEO. W czym ci pomoże?

9 sposobów, jak zwiększyć ruch na stronie 46

5. SEO techniczne

Analiza widoczności i powiązane z nią narzędzia koncentrują się wokół fraz kluczowych i pokazują, co można w tym obszarze ulepszyć. Lecz jeśli myślisz o tym, jak zwiększyć na stronie ruch z wyszukiwarki, trzeba też zadbać o inne elementy pozycjonowania.

Ważne są kwestie techniczne, takie jak:

Oprócz tego zadbaj o odpowiednie linkowanie: wewnętrzne (tworzenie odnośników pomiędzy podstronami witryny, na przykład między jednym artykułem a drugim) i zewnętrzne – to tak zwany link building (pozyskiwanie odnośników prowadzących z innych stron do naszej).

Wszystkie te działania wpływają na to, jak bardzo Twoją stronę polubi Google, a więc pośrednio są odpowiedzią na pytanie o to, jak zwiększyć ruch na stronie.

Rozwinięcie tematu znajdziesz w artykule Karoliny Matyski: Jak wypozycjonować stronę? 15 kroków do lepszych pozycji! Jednym z wymienionych przez Karolinę 15 kroków jest odświeżanie starych treści.

Opowiem o tym co nieco.

6. Optymalizuj bieżące i odświeżaj stare treści

To strategia, którą szeroko stosuje się między innymi w mediach: stare treści odświeża się po to, żeby zyskały nowe życie w Google. Bo znaczna część tych opublikowanych lata temu nie było wtedy dostosowanych pod SEO. Albo było, ale od tamtej pory algorytmy wyszukiwarki zmieniły się i dziś optymalizacja powinna być przeprowadzona nieco inaczej. Albo wydawcy uznali, że ten stary tekst trzeba wypozycjonować pod inną frazę kluczową niż dotychczas.

Tak oto zaczyna się dłubanie w treści, a wraz z tym:

Powyższe to zasady, które warto stosować na bieżąco, wrzucając nowe treści na stronę – ale też odświeżając, tudzież optymalizując te bardziej wiekowe.

Tutaj przeczytasz więcej o aktualizowaniu treści – po co i jak je aktualizować. A tutaj dodatkowo tekst o tym, jak pisać teksty SEO.

W jaki sposób aktualizowanie treści może zwiększyć ruch na stronie? Bardzo prosto:

  1. Wypychając je wyżej w Google. Tekst, który do tej pory nie był widoczny w wyszukiwarce, może nagle wskoczyć na topowe pozycje pierwszej strony wyszukiwania (SERP), i to przy stosunkowo niedużym nakładzie pracy.
  2. Zmniejszając współczynnik odrzuceń. Jeśli ktoś wejdzie z Google na stary, lekko już nadpsuty artykuł, szybko może uznać, że to nie to, czego szukał – i pójdzie sobie gdzie indziej. Z kolei lepiej zoptymalizowane (zaktualizowane) treści naturalnie zachęcają użytkowników do zostania na stronie.
  3. Stwarzając nowy potencjał socialowy. Odświeżoną treść można ponownie wypromować w social mediach, na przykład na Facebooku. Pod warunkiem oczywiście, że treść się nie zdezaktualizowała – bo wtedy raczej żadne odświeżanie nie sprawi cudu

7. Promuj się w social mediach

Fanpage na Facebooku, konto na Instagramie czy Linkedin mogą być dodatkowymi, niezłymi źródłami ruchu. Albo – w przypadku niektórych stron, nie dodatkowymi – a głównymi źródłami ruchu. Wiele zależy od Twojego modelu biznesowego czy też strategii funkcjonowania w internecie. Niektórzy stawiają niemal wyłącznie na SEO, inni niemal wyłącznie na social. A najlepsze efekty mają ci, którzy umiejętnie korzystają z obu.

Tajniki prowadzenia fanpage'a czy firmowego konta to osobny, głęboki temat. Trzeba wiedzieć, jak pisać atrakcyjne posty, jakie obrazki dodawać, jak angażować fanów, docierać ze swoimi treściami szerzej, i tak dalej. To wszystko jest do doczytania w internecie, są kursy, książki, filmiki.

Kiedy jednak rozmawiamy o tym, jak zwiększyć ruch na stronie, temat social mediów zasługuje na uwagę z przynajmniej jednego dobrego powodu:

Działania reklamowe w social mediach pozwalają na dość precyzyjne targetowanie, podobnie jak w przypadku wspomnianego Google Ads. Kierujemy ruch albo do całej strony, albo w konkretne miejsce – promujemy te treści, które potrzebują większej widowni. Można skupić się na określonej grupie docelowej, na przykład ze względu na wiek czy miejsce zamieszkania, i nie przepalać budżetu reklamowego na promowanie się wśród ludzi, którzy – jako klienci – i tak nas raczej nie interesują.

Ale nawet, jeśli nie zamierzasz inwestować w reklamę na Facebooku, Instagramie czy Linkedinie, i tak warto promować tam swoją stronę i swoje treści. Ci, którzy klikną „obserwuj stronę”, będą na bieżąco z tym, co się u Ciebie dzieje. Czasem klikną w link. To są dodatkowe wizyty, bez względu na to, jak dużą bazę fanów udało Ci się „wyhodować”.

Jeśli więc chcesz zwiększyć ruch na stronie, rozważ następujące działania:

Spory potencjał skrywają też grupy tematyczne na Facebooku. Taka jak Senuto Lab, do dołączenia do której serdecznie zapraszamy. Takie grupy mogą mieć tysiące czy nawet dziesiątki tysięcy członków – osób mniej lub bardziej zainteresowanych danym tematem.

Przeważnie są na bieżąco moderowane, mają swoje regulaminy, a posty muszą być zaakceptowane przez administratora, nim zostaną opublikowane. Wiele z nich jednak jest otwartych na autopromocję, na umieszczanie linków do strony, czy to w postach, czy w komentarzach – pod warunkiem, że rzeczywiście coś wnosisz do życia grupy, a nie tylko spamujesz linkami.

9 sposobów, jak zwiększyć ruch na stronie 47
Kiedy wpiszesz w wyszukiwarkę Facebooka “marketing” i niżej wybierzesz “grupy”, zobaczysz sporo zamkniętych grup do wymiany myśli, kontaktów i linków.

8. Nawiąż współpracę z influencerami

Wiem, wiem, ryzykowna porada. Bo influencerzy raz, że potrafią być nieprzewidywalni i – plotka głosi – trudni we współpracy, a dwa, wysoko cenią swoje usługi. Według wielu – zdecydowanie za wysoko.

Nie da się jednak ukryć, że ich działania reklamowe potrafią przynieść efekty. Mówimy o ludziach, których śledzą tysiące albo wręcz dziesiątki i setki tysięcy osób. Mogą mieć coś do powiedzenia, ale nie muszą. Tak czy inaczej, ich popularność robi swoje. Dlatego też różne marki stawiają na współpracę z gwiazdami internetu, podsuwając im do wypromowania produkty czy konkretne adresy internetowe.

Bo kiedy influencer powie: „klikajcie!”, ludzie klikną.

Prosty wniosek płynie taki, że nawiazując współpracę z influencerem, możesz zwiększyć ruch na stronie.

Kilka uwag:

9. Pisz gościnne posty

Czyli treści, które opublikują u siebie właściciele innych stron internetowych. To powszechna praktyka wśród blogerów, ale też biznesów działających w ramach tej samej branży. Na przykład na blogu Senuto jest całkiem sporo treści od osób, które na co dzień z nami nie współpracują, ale również zajmują się SEO lub tematami pokrewnymi, na przykład content marketingiem.

Dla Senuto taki gościnny występ kogoś z zewnątrz to dodatkowy materiał na firmowego bloga. Dla tej osoby – sposób na autopromocję i zaproszenie nowych odwiedzających na swoją stronę internetową. Win-win.

Zwiększanie ruchu dzięki pisaniu gościnnych postów działa na podobnej zasadzie, jak w przypadku współpracy z influencerami. Link do Twojej strony pojawia się wtedy na stronie, z którą umówiłeś się na gościnną publikację – i raz, że jakaś część czytelników pewnie kliknie, a dwa, jeśli jest to link dofollow, wzmacnia się SEO Twojej strony.

Najlepiej, kiedy strona, na której opublikujesz gościnny artykuł, jest o podobnym profilu do Twojej. Poruszana jest na niej ta sama lub zbliżona tematyka. Link do strony o samochodach, pochodzący ze strony z sukienkami, jest lepszy niż żaden link. Ale dla Google znacznie lepszym sygnałem jest, kiedy zamiast jakichś dziwnych krzyżówek, strony o samochodach linkują do stron o samochodach (i analogicznie w przypadku stron sukienkowych).

Wysyłaj newsletter do swoich odwiedzających

Robią to wszyscy: od Zalando, przez Michała Szafrańskiego z Jak oszczędzać pieniądze, po Onet. Chodzi o zbieranie adresów e-mail od odwiedzających stronę po to, żeby potem przysyłać im wiadomości wprost na skrzynkę. A w wiadomościach, oczywiście, linki do strony: do nowej oferty, do kategorii produktów, do świeżego artykułu.

Jeśli do tej pory nie prowadziłeś newslettera, stworzenie go raczej nie pomoże w najbliższym czasie zwiększyć ruchu na stronie. Najpierw trzeba zbudować bazę subskrybentów i nim nabierze ona sensownych rozmiarów, mogą minąć długie miesiące. Ale warto zacząć robić to już teraz – bo po czasie nagle się okaże, że masz na liście kilka tysięcy osób, którym możesz bezpośrednio podesłać link i ściągnąć je na stronę. Fajnie? Fajnie.

A propos, chętnie dopiszemy Cię do naszej bazy. Wiadomości pod znakiem #SEOwiedza wysyłamy co 2 tygodnie, a znajdziesz w nich linki do najświeższych materiałów na blogu i informacje o nowych promocjach – zero spamu. Zapisz się!

Jak zwiększyć ruch na stronie? No, właśnie tak

Właśnie tak. Powyższe sposoby, mimo że tekstu jest sporo, pewnie nie wyczerpują tematu w stu procentach. Dodaj swoje trzy grosze w komentarzu, jeśli jakieś myśli chodzą Ci po głowie.

jak zwiększyć ruch na stronie infografika

Na koniec chcę dodać ważną rzecz. Zwiększanie ruchu jest szalenie ważne, ale często bardziej wartościowym użytkownikiem okazuje się ten powracający, a nie nowy.

W ostatecznym rozrachunku, w większości przypadków, bardziej liczy się jakość niż ilość ruchu. Przez jakość rozumiem tutaj ruch składający się z użytkowników, na jakich najbardziej Ci zależy. Być może z 1000 przypadkowych osób, które odwiedzą Twoją stronę, skonwertuje (czyli coś kupi, zapisze się do newslettera itp.) tylko jedna. A innym razem ściągniesz do siebie 100 właściwych osób i skonwertuje 10 z nich.

Jaki ruch na stronie jest zatem lepszy - 100 osób czy 1000?

No właśnie. To zależy.

Dlatego, choć co do zasady ruch warto zwiększać, nie ma co fiksować się na podstawowych statystykach. W pewnym momencie ważniejsze staje się przemienienie odwiedzających – w klientów. A tu w grę wchodzą kolejne marketingowe niuanse, cała ta wiedza tajemna. Wpadaj co jakiś czas na bloga Senuto po więcej.

SEO dla wydawców i dziennikarzy to temat o tyle ważny dla branży, że to Google w ogromnej mierze nadaje jej kierunek. Na dobre i na złe. Redakcje internetowe mogą obrażać się na algorytmy wyszukiwarki, mogą nie akceptować kompromisów, do jakich niejednokrotnie zmusza ich walka o wysokie pozycje w Google - tym niemniej dziś online'owe medium bez odpowiednich działań SEO po prostu nie przetrwa.

Jak dostosować się do zasad Google, jednocześnie nie poświęcając pewnej dziennikarskiej poetyki? Jak przebić się do Google News? Jak zagraniczne serwisy to robią, że ich materiały czyta się tak dobrze, a jednocześnie doskonale się pozycjonują?

Na te i inne tematy rozmawiali eksperci i praktycy SEO, również z doświadczeniem w pracy z redakcjami: Grzegorz Strzelec, Łukasz Rogala i Robert Niechciał. Spotkanie online poprowadziła Karolina Matyska z Senuto.

Poniżej znajduje się nagranie webinaru, a także wygodna wersja tekstowa.

W jaki sposób jednocześnie dbać o SEO i o językową jakość tekstów, czyli o pewną ich poetykę?

Jedno z drugim wydaje się wzajemnie wykluczać i często jest to właśnie pole do kłótni, może dyskusji między SEO-wcami a dziennikarzami.

[Grzegorz Strzelec] Dobry warsztat dziennikarski wcale się nie wyklucza z optymalizacją pod SEO. SEO jest w stanie wspierać właściwy warsztat dziennikarski i rozumiem, że SEO w dobie papieru nie miałoby żadnej racji bytu. Tam artykuły tworzyło się zupełnie inaczej, a w onlinie pisze się w zupełnie inny sposób i SEO rzeczywiście może to wesprzeć. Wrażenie, że teksty online'owe, dziennikarskie są często zbyt SEO-we, wynika z tego, że media często bez potrzeby przeoptymalizowują materiały.

Czasem może to wynikać ze zbyt restrykcyjnych wymagań ze strony działów SEO czy pojedynczych SEO-wców. Czasem to może wynikać z tego, że dziennikarze zbyt mocno biorą sobie do serca te wszystkie zasady. Ale fakt faktem, że rzeczywiście czasami widzimy przeoptymalizowanie tych materiałów, zupełnie niepotrzebne.

Ponieważ moja praktyka pokazuje, że aby pojawić się wysoko, zdobywać pozycję lidera na konkretne frazy – czy to w Google News, czy w frazach evergreen – wcale nie musimy upychać w nich po 50-60 razy powtórzonych fraz, a to niestety się czasami dzieje. Tak jak powiedziałem, semantyka treści nie wyklucza warsztatu dziennikarskiego. Semantyka treści w onlinie pomaga użytkownikowi rozumieć lepiej materiał, zorientować się, w szczególności na urządzeniach mobilnych, czy materiał, który będziemy czytać jest dokładnie o tym, czego potrzebujemy, czy też nie. SEO może w tym właśnie pomóc.

Zapisz się do newslettera Senuto! Świeże materiały z bloga wprost na Twoją skrzynkę:


Z przykładów, co można zrobić: tytuł materiału w onlinie jest ważną rzeczą, która w princie była budowana w ten sposób, że tworzyliśmy bardzo poetyckie tytuły, prawie thrillery, w którym rozwiązanie czy konkluzja była dopiero na końcu materiału. W onlinie to nie działa. Oczywiście nie wszędzie. Może działać, na przykład, w materiałach, które są bardzo rozbudowane, szerokie, reporterskie, które stoją za paywallem, są zaadresowane tylko do bardzo zagorzałych użytkowników i tych, którzy są zdeterminowani, żeby te materiały czytać. I wtedy tak, zgadzam się, możemy troszeczkę przenieść ten warsztat printowy do warsztatu online.

Natomiast w większości wypadków jednak nie jest to dobra praktyka, ponieważ konsumpcja treści w onlinie, w internecie, jest bardzo szybka, treści jest maksymalnie dużo każdego dnia, więc ułatwienie czytelnikom za pomocą SEO selekcji tego, co chce na prawdę przeczytać, a czego nie, jest bardzo przydatne.

Tak jak wspomniałem o tym tytule redakcyjnym, jest on bardzo przydatny. Ważne, aby zawierał frazę kluczową, ten główny punkt, na którym będziemy opierać cały wątek, cały materiał. Tylko, jeśli chodzi o tytuł redakcyjny, on nie powinien wyglądać jak typowy tytuł SEO, o którym za chwilę z resztą powiem, tylko powinien być na prawdę tytułem redakcyjnym. Tam powinna zawrzeć się fraza kluczowa, ale powinna być bardzo naturalnie wkomponowana w ten tytuł.

Natomiast, jeśli mówimy o drugim tytule – tytule SEO – to sama jego nazwa determinuje, że jest to tytuł dla SEO, więc powinien być zbudowany stricte według wymagań SEO. Często za pomocą równoważników zdań, i pojedynczych fraz, ponieważ tak szukają naszych materiałów ludzie w internecie. Kiedy odnajdują równoważnik tego, co sami napisali w wyszukiwarce, to zwiększa to prawdopodobieństwo, że oni klikną w nasz materiał. Pomijam już aspekty algorytmiczne, dla których to może pomagać, ale to jest właśnie jedyny element strony, który powinien być stworzony tak na prawdę stricte pod SEO.

Kolejny element. Lead materiału, który powinien być naszym call to action do zapoznania się z dalszą treścią - tam rzeczywiście można umieścić frazę kluczową, nawet w pierwszym zdaniu. Jeśli tylko nie burzy to naszej koncepcji materiału. Ale to jest właściwie jedyna reguła, którą ja zawsze wyznawałem i przekazywałem innym osobom, które pisały materiały. Z takich rzeczy, które są odrobinę dookoła SEO-we – czyli przydatne dla SEO, ale bardziej przydatne w warsztacie dziennikarskim – jest to, aby pod leadem materiału znalazła się lista punktowana z podsumowaniem całego materiału.

Nie mylić tego ze spisem treści, mówię o podsumowaniu całego materiału, przydatnym w szczególności na urządzeniach mobilnych, gdzie nie czytamy w taki sam sposób jak na urządzeniach desktopowych. Kiedy siadamy przed naszym komputerem w domu, nastawiamy się na to, że będziemy czytać. Konsumpcja treści na urządzeniach mobilnych jest zupełnie inna. Na urządzeniach mobilnych przewijamy bardzo szybko, więc jeśli w pierwszym akapicie podsumujemy materiał, to najczęściej spełnimy intencje użytkownika. On więcej nie potrzebuje, chyba że naprawdę go zainteresował materiał, wtedy będzie go czytał dalej.

Więc to podsumowanie w postaci bulletlisty często jest naszym kolejnym call to action do tego, żeby użytkownik dalej czytał materiał. Albo, jeśli nie potrzebuje więcej, to i tak wychodzi szczęśliwy, że nie musi przeczytać połowy materiału, aby na samiutkim końcu dowiedzieć się, czy naprawdę dziś jest niedziela handlowa. On tego naprawdę nie potrzebuje.

Co zrobić pod tą bulletlistą? Umieśćcie tam link do najbardziej możliwie powiązanego materiału z tym, który właśnie czyta użytkownik. Dlaczego? Jeśli ta bulletlista wystarczy użytkownikowi i on nie chce już więcej, a znajdzie pod tą listą interesujący link, to w niego kliknie. Czyli nie wychodzi z naszego serwisu, tylko zwiększamy ilość page viewsów na sesję.

Kolejna rzecz, abyśmy układali semantykę materiałów za pomocą śródtytułów, czyli żebyśmy systematyzowali nasz materiał, stosując w nich śródtytuły, pod którymi opisujemy to, co zawarliśmy w tym śródtytule.

I ostatnia rzecz. Koniecznie wstawiajmy w materiałach linki do materiałów powiązanych z tym materiałem. Tak naprawdę w ciągu siedmiu minut opisałem cały proces, całą ścieżkę, która jest właściwa dla pracy dziennikarza. To są rzeczy, które da się zrobić od minuty do trzech minut w materiale. Nic więcej. Więc to się da pogodzić z dobrym warsztatem dziennikarskim, z tą taką poetyckością, z potrzebą wyrażania siebie przez dziennikarza, to się naprawdę da pogodzić w mojej opinii.

[Robert Niechciał] Ja się bardzo cieszę, że Grzesiek pominął aspekty algorytmiczne, bo z mojego doświadczenia dziennikarskiego jedno z drugim się nie wyklucza, czyli ta poetyka z optymalizacją. Bo właśnie są te śródtytuły, gdzie można dodawać frazy kluczowe, mamy linkowanie wewnętrzne, które pozwoli przykleić te frazy gdzie indziej. To są proste zabiegi, które spowodują, że decydujemy, jakie frazy na końcu są przyklejone do tych artykułów i jak to będzie rankować w Google.

Jeżeli takich rzeczy nie zrobimy, czyli zawierzymy tylko tej poetyce i temu, żeby tekst był piękny, ładny, to Google podejmie tę decyzję za nas. Na podstawie tej semantyki, którą też jesteśmy w stanie w jakiś sposób dooptymalizować, czy dzięki temu skrótowi, który znajduje się na górze.

[Łukasz Rogala] Z moich doświadczeń wynika, że ciężko jest za pierwszym razem napisać idealny tekst pod SEO, to jest bardziej pewien proces. Czyli pierwszy tekst, który powstaje, ma jakiś cykl życia i jeżeli to jest duży serwis, to wiadomo, że on ma tego ruchu na wejściu więcej, bo ma sporo stałych czytelników. Natomiast w moim przypadku to jest zawsze pewnego rodzaju proces i to jest tak, że pierwsza wersja testu jest spoko, ona sobie idzie live, ona się indeksuje, ląduje na jakichś pozycjach.

Natomiast potem dochodzi jeszcze kwestia ciągłej optymalizacji, ciągłej pracy nad tą treścią, poprawianie, rozbudowanie. Ta oś, którą SEO stworzyło na początku zostaje, a potem po prostu się to rozwija o dodatkowe słowa kluczowe bądź dodatkowe punkty.

Generalnie to jest tak, że każdy artykuł ma, powiedzmy, pewien cykl wtórny. Czyli startuje, ląduje na pozycjach, jest zoptymalizowany na wejściu, ale potem jeszcze ciągle nad nim pracujemy. Ta praca z tekstem się nie kończy. Chyba że to jest tekst o jakiejś określonej żywotności.

Część artykułów nie jest już potem wyszukiwana, więc jest kwestia albo utylizacji tych treści, albo zagospodarowania, przemigrowania ich w inne miejsca. I generalnie sugestia dla wydawców jest taka, żeby nie patrzeć na SEO jak na wroga, a raczej potraktować jako pewien punkt, inspirację do robienia czegoś z SEO.

Myślenie o SEO pozwala ułożyć pewne ramy artykułu. Mamy nadrzędne słowo kluczowe, mamy słowa kluczowe wspierające. Jest tona narzędzi na rynku. Senuto pozwala na szukanie fraz powiązanych jako tako z głównym słowem kluczowym. Więc pisanie treści, robienie fajnego dziennikarstwa, które spełnia też rolę SEO, nigdy nie było prostsze. Trzeba brać i korzystać, bo jest z czego.

AMA: SEO dla wydawców i dziennikarzy 48

[Robert Niechciał] Wskazówka dla wydawców, którzy nie posiadają płatnych narzędzi: świetnie do tego może przydać się Search Console. Publikujemy jakiś tekst, on zaczyna łapać pierwszą przyczepność z Google, jakąś trakcję, tarcie i w Search Console momentalnie zaczynają się dla tej podstrony pojawiać słowa kluczowe, które mogą być tipem do dalszej optymalizacji po cyklu na przykład dwóch, trzech miesięcy.

W tym raporcie będziemy mieli frazy, które znajdują się, powiedzmy, na piętnastym, dwudziestym miejscu, a generują bardzo fajne wyświetlenia. Jest to fajny tip, żeby już w tym cyklu żywotności tekstu dooptymalizowywać go do tego, żeby to dwudzieste miejsce zmieniło się na piąte.

[Grzegorz Strzelec] Musimy też rozgraniczyć dwa typy contentu, które pojawiają się w mediach i które mają zasadę pareto czasami, gdzie 20 procent tekstów w serwisie stanowią typowe evergreeny, gdzie praca nad tym tekstem może być procesem, oraz w osiemdziesięciu procentach, które są pisane tylko i wyłącznie pod Google News i mają czas życia od kilku godzin do maksymalnie 48-72 godzin.

I w tych materiałach, które mają czas życia kilka godzin, ten pierwszy strzał, to pierwsze uderzenie często jest najważniejsze, więc tu nie mamy tego czasu. Musimy od razu mieć w miarę dobrze zoptymalizowany materiał. Oczywiście Google News bardzo lubi aktualizacje i tam jest przestrzeń, ale najczęściej ten pik wyszukiwalności i pik największego ruchu jest w pierwszych kilkunastu do kilkudziesięciu minut od pojawienia się trendu.

Więc tak naprawdę ta pierwsza iteracja materiału, jej poziom optymalizacji, często wpływa na to, czy będziemy zbierać ten największy ruch, czy będziemy tę wisienkę na torcie mieć, czy będziemy zbierać już resztki po trendzie.

[Łukasz Rogala] Każdy wydawca powinien próbować Google Newsa znaleźć, ale nie każdy wydawca buduje tak swoją widoczność, jako tako więc najlepiej gdzieś tam myśleć cały czas o tym. Część newsów wraca też i to jest też kwestia, żeby się przygotować na to, że coś może wrócić i szybko wykorzystać historyczną treść oraz widoczność, żeby nadbudować sobie przewagę względem konkurencji, która się tworzy.

[Grzegorz Strzelec] Z moich doświadczeń najlepiej działa jednak publikowanie nowego newsa. Trendy rzeczywiście wracają, czasami po kilku, czasami po kilkunastu godzinach. W takiej sytuacji najlepszą praktyką jest jednak napisanie nowego newsa i wykorzystywanie starszych newsów do tego, żeby podlinkować ten nowy news.

[Robert Niechciał] Są sytuacje typu „najniższa krajowa 2019” i już wiadomo, że w 2020 będzie kolejny trend dla tej frazy. To też jest swojego rodzaju cykl tego, być może, evergreena, ale tam się trochę pozmienia. Zmienią się wartości, zmienią się lata, zmienią się sytuacje. Taka szybka optymalizacja starego tekstu w tym cyklu.

Może być masa różnych tematów – najniższa krajowa, średnia krajowa, renta, obojętne – i to co roku będzie nowy temat. Można sobie nawet założyć taki proces, w którym zmieniamy rok, zmieniamy dane i od razu wbijamy się szybciutko w trend, który się tworzy pierwszego stycznia.

[Grzegorz Strzelec] W mediach tworzy się kalendarze wydawnicze, które często są bardzo rozbudowane. To, co my rozpoznajemy w naszym umyśle jako kalendarz, nie ma z tym nic wspólnego. To są bardzo skomplikowane procesy. Na przykład wiemy, że będą mistrzostwa świata w piłce nożnej czy w siatkówce, więc ten proces przygotowań zaczyna się wiele miesięcy wcześniej i wykorzystuje się starsze materiały, ale tylko po to, żeby umocnić pozycje evergreenów wtedy, kiedy nie pojawia się bloczek Google News.

Ponieważ kiedy pojawia się bloczek Google News, evergreeny schodzą na dalszy plan i CTR, pomimo pierwszej pozycji tuż pod bloczkami Google Newsa, spada drastycznie.

[Karolina Matyska] Ale w takiej sytuacji, kiedy na przykład szukamy tej najniższej krajowej, czy średniej krajowej, to nie szukamy jej tylko wtedy, kiedy wyjdzie ustawa i nowe zarządzenie, ale tak naprawdę przez cały rok to jest zapytanie wrzucane w Google. Wtedy nie będzie Google News zawsze.

[Grzegorz Strzelec] Nie, to jest absolutnie proces dbania o evergreeny i o newsy.

[Łukasz Rogala] Rankingi finansowe, poprawne frazy w finansach, ranking pożyczek i, powiedzmy, miesiąc – to też jest pewnego rodzaju content, który ma jakąś określoną żywotność i też jest kwestia zagospodarowania tego w odpowiedni sposób.

[Karolina Matyska] Wracając do tego głównego pytania, o połączenie poetyki z SEO. Dodam, że tak naprawdę im więcej doświadczenia, tym to łatwiej przychodzi i jest mniej karkołomne, nie jest to takie kanciaste, tylko jest po prostu płynne przejście od frazy do zdania i to naprawdę da się sklecić.

[Grzegorz Strzelec] Dokładnie, tak jak powiedziałem wcześniej zajmuje to od minuty do trzech minut, nie mając prawie żadnej wiedzy, natomiast po pewnym czasie zajmuje to zero minut, ponieważ jest to automatycznie wpisane. Tak jak wiemy, ze musimy tworzyć tytuł, tak właśnie też dopasowujemy SEO do materiału.

Czy śródtytuły powinny się znaleźć nawet w krótkich tekstach, na przykład na tysiąc półtora tysiąca znaków?

[Grzegorz Strzelec] Uważam, że tak. Według mnie absolutnie dobrą praktyką jest , żeby tworzyć śródtytuł i pod nim tylko jeden akapit, i kolejny śródtytuł, i kolejny akapit.

[Robert Niechciał] To jest świetne, bo dzięki temu można wygrywać te sitelinki i wyniki organiczne będą zupełnie inaczej wyglądać. Tu można napchać emoji i wtedy mamy choinkę w SERP-ach.

[Grzegorz Strzelec] Dzięki temu przede wszystkim używać kotwic, zrobić spis treści. I daje nam to możliwość generowania dodatkowych sitelinków, zbicia konkurencji jeszcze troszkę niżej, powiększając wielkość naszego snippeta.

Jak zagraniczne media robią SEO?

Nie wszystkie zagraniczne serwisy dbają o SEO. Internetowe dziennikarstwo na przykład New York Timesa czy Wall Street Journal przypomina bardziej to tradycyjne, czyli papierowe. Mimo to są to niezwykle popularne portale i pytanie, czy nie jest to argument za tym, że media wcale niekoniecznie muszą tłuc to przeklęte SEO.

[Robert Niechciał] Oni są najwięksi na świecie, natomiast ja przypominam sobie historię z zeszłego roku. Daily Mail, czyli dziennik, który można podciągnąć pod ten trend, stracił całkowicie widoczność. To było w okolicach wprowadzenia algorytmu semantycznego. Oficjalnie ich dyrektor SEO pisał na forum Google'a z pytaniem, co się stało, dlaczego tak i tak dalej. Wtedy stracili z 80 procent trafficu.

[Robert Niechciał] Właśnie. Także z jednej strony mamy dziennikarstwo, nazwijmy to, high-endowe. Z drugiej strony algorytm semantyczny i taka sytuacja. Inne gazety nie dostały w tamtym czasie, pytanie dlaczego. Wydaje mi się, że to SEO w jakiś sposób jest robione i z tego co wiem na przykład New York Times zatrudnia masę stażystów, praktykantów, którzy muszą odgrzewać i edytować stare treści, dooptymalizowywać je. Po to, żeby taki recykling treści tworzyć, żeby stary content jeszcze performował w przyszłości. Według mnie to jest ciągle połączone, a przykład Daily Maila jest taką skrajną sytuacją, która pokazuje, że mimo, że jesteś duży, możesz dostać tak samo.

[Łukasz Rogala] Nam w ogóle najlepiej jest mówić, że SEO jest ważnym elementem wszystkiego, natomiast to wszystko się też rozbija o model biznesowy. Jeżeli są popularni, mają sporą rzeszę użytkowników, którzy powracają bądź płacą za dostęp do treści premium, to jest tak jak w niektórych firmach i w dużych markach. Wiedzą, że jakby zadbali o SEO, to by zgarnęli sobie dwadzieścia procent ruchu więcej, ale z drugiej strony im na tym nie zależy, bo są rozpoznawalni.

Ale generalnie zawsze jest to miły dodatek, jeżeli się pisze wartościowe treści, że wpływa się też trochę na postrzeganie przez odbiorców, wpływa się na to, jak oni postrzegają pewne kwestie. Natomiast, czy to jest jakoś mega ważne w takich mega dużych serwisach? Wszystko się rozbija o to, jak zarabiają. Żyjemy w takich czasach, że w internecie wszystko powinno być za darmo, więc duże serwisy monetyzują się reklamą. Każde źródło ruchu, w tym przypadku SEO, też jest ważne.

[Grzegorz Strzelec] Nie mogę się zgodzić, że New York Times czy Wall Street Journal wygląda, jak tradycyjne dziennikarstwo, bo nie, oni są bardzo online'owi. Naprawdę bardzo, bardzo. I to, że tego nie widać świadczy o ich kunszcie, a nie o tym, że nie używają SEO. Oni używają SEO i to bardzo, mają zajebiste SEO.

[Robert Niechciał] Tak a propos New York Timesa, oni posiadają jeden z największych serwisów produktowych na świecie TheWireCutter.com, nad którym zachwyca się cała afiliacja, jakim cudem to urosło do wysokich dziesiątek milionów ruchu. Robią niesamowitą robotę, bo wszyscy się zachwycają tym serwisem do takiego stopnia, że były tworzone specjalne mastermindy wokół tego serwisu, jak to jest zrobione.

[Grzegorz Strzelec] Potwierdzam: New York Times ma zajebiste SEO. Oni są tymi, którzy pierwsi na świecie wdrażają te nowinki, które wypuszcza Google. Kiedy Google kilka lat temu wypuściło AMP, to oni pierwsi to wdrożyli i nawet Google o tym pisał. Więc to nie jest tak, że oni nie mają SEO, oni mają zajebiste SEO, jedno z lepszych. To jest właśnie tam, gdzie wplata się mądre SEO w prawdziwe dziennikarstwo.

Tylko mamy jeden problem i to jest właściwie konkluzja. Musimy pamiętać o tym, że model monetyzacji tych treści jest podobny na świecie. Pomijając paywalla, który jest naprawdę tylko promilem przychodów większości mediów, to media monetyzują się w większości poprzez reklamy, czyli w modelu eCPM. I ten współczynnik eCPM w Stanach Zjednoczonych jest czterokrotnie wyższy niż w Polsce.

Co to mówi? Że ta sama długość treści, którą musimy stworzyć w Polsce i w Stanach ma cztery razy mniej czasu w Polsce, żeby ją stworzyć. Mamy cztery razy mniej czasu, żeby stworzyć treść, która zarobi na siebie. Koszt tworzenia treści też jest kosztem pracy dziennikarskiej, też jest kosztem prowadzenia mediów. Więc siłą rzeczy jakość tych treści w Polsce jest mniejsza, ponieważ jesteśmy po prostu małym rynkiem, w którym nie ma tyle kasy, żeby móc poświęcić tak dużo czasu na stworzenie tak dobrej treści, jak to często robi New York Times.

Wracając jeszcze do wątku, czy to przeklęte SEO jest nam potrzebne. No to Hiszpania zrobiła raz wyłączyła swoje SEO, czyli ustawą spowodowali, że Google News w Hiszpanii zniknął. Serwisy natychmiastowo odnotowały spadki od 20 do 50 procent w swoim ruchu. Nie mogłyby z tego przetrwać.

Wiecie, co dzisiaj robą hiszpańskie serwisy? Rejestrują domeny .com i wskazują hreflangami wersje na Hiszpanię. El Pais na przykład online'owo mówi „jesteśmy z Argentyny”, wskazują hreflangiem wersję na Hiszpanię i dzięki temu pojawiają się w Google News. Więc szukają sposobu wiedząc, jak bardzo jest im to potrzebne. Nie da się w dzisiejszym świecie funkcjonować bez Googe'a, w mediach nie jest to możliwe na szerszą skalę, a przynajmniej nie w tych mediach, które tworzą połówkę czy pierwszą dziesiątkę badań panelowych, czy też badań oglądalnościowych.

W jaki sposób nie dopuścić do kanibalizacji treści?

Siłą rzeczy na portalach pojawi się dużo podobnych, z perspektywy wyszukiwarki, artykułów. No i co z tym fantem?

[Łukasz Rogala] Ja to jestem takim fanem tego, by raz na jakiś czas siadać do wszystkich treści, jakie się ma, nakładać na to wskaźniki ruchu, widoczności i wszystkiego innego, i po prostu sobie konsolidować te treści. Czyli niekoniecznie robić jeden dłuższy artykuł, ale po prostu łączyć treści, które są, powiedzmy, już stare. Według moich doświadczeń, odchudzenie serwisu z treści, które nie mają już ruchu, skonsolidowanie ich z nowymi treściami, jeśli jakiś nowy trend wchodzi, ale bazuje trochę na starym – sprawdza się lepiej, niż utrzymywanie dwóch zbliżonych do siebie treści, które mogą się ze sobą kanibalizować.

No i to jest też kwestia na przykład w tematach bukmacherskich. Są rozgrywki, są typy, dotyczące konkretnych par meczowych. To też jest kwestia, czy robić oddzielny wpis na temat typów na niektóre mecze, czy trzymać wszystko na jednym URL-u i po prostu go odświeżać i aktualizować. Z moich doświadczeń sprawdza się to odświeżanie i aktualizowanie. To po prostu pracuje, to po prostu działa.

[Robert Niechciał] Wyjaśnię, czym jest kanibalizacja. Kanibalizacja jest to sytuacja, która szczególnie nasila się od ostatniego półtora roku, gdy algorytmy, modele dopasowania treści zmieniły się na machine learning. Jest to sytuacja, w której Google nie potrafi podjąć decyzji, którą stronę dopasować do danej frazy. Często może dopasować na przykład dwie albo losowo zamieniać: jednego dnia będzie jedna, drugiego dnia druga i tak to sobie będzie tańczyć. I skrajnym przypadkiem będzie to, że kiedy Google będzie miał wiele stron o tej samej treści, zoptymalizowanych pod tę samą frazę kluczową – nie dopasuje żadnej.

I to jest największe zagrożenie, kiedy mamy treść, mamy optymalizację pod daną frazę, na przykład „życzenia urodzinowe”, ale tych życzeń urodzinowych jest dwadzieścia typów i Google nie dopasuje żadnych stron. Właśnie to co powiedziałem na samym początku: poetyka dziennikarska jedno, ale SEO drugie. To jest skrajna sytuacja, w której niezastosowanie podstawowych zasad spowoduje to, że po prostu treść nie będzie performować, bo Google nie będzie potrafiło dopasować fraz.

Jak się przed tym bronić? Pierwsza rzecz, treści newsowe, to jedna kategoria i one będą żyły swoim życiem. Newsy się pojawiają cały czas i nie ma na to wielkiego wpływu. Trzeba je w jakichś cyklach optymalizować, analizować i później ewentualnie składać w jakieś huby tematyczne. Druga część, to jest plan contentowy, czyli to, gdzie chcemy się znaleźć z naszym serwisem w perspektywie na przykład trzech, czterech, sześciu miesięcy – i dobrze zbudowany plan contentowy spowoduje to, że tej kanibalizacji nie będzie.

Będzie jedna strona na temat właśnie tych życzeń urodzinowych, konkretnie zoptymalizowana: życzenia imieninowe, życzenia takie, takie i owakie. I dobrze stworzona treść na podstawie tego planu nie będzie się ze sobą kanibalizować. Jeżeli za jakiś czas dojdziemy do sytuacji, że będziemy znowu pisać o tym samym, no to będzie znowu taniec i Google nie będzie umiał dopasować.

[Grzegorz Strzelec] Rzeczywiście taka reorganizacja treści co jakiś czas po to, żeby wykluczać kanibalizację, byłaby najbardziej pożądanym procesem. Tymczasem we wszystkich mediach, w których pracowałem oznaczałoby to wielki proces, zarówno po stronie IT, jak i po stronie wydawców, który fizycznie często byłby nie do ogarnięcia.

Bo musimy zdawać sobie sprawę, że może w niższych mediach rzeczywiście jest kilkanaście sztuk contentu dziennie i to się da ograć, ale w dużych mediach mamy do czynienia z ilością tysiąca do dwóch tysięcy sztuk contentu dziennie. Opracowanie tego w jakikolwiek sposób, nawet algorytmiczny, byłoby bardzo skomplikowane.

Już mi przychodzi kilka czynników, które trzeba by było wziąć pod uwagę, a które są prawie nie do wzięcia pod uwagę. Jak myślenie o tym, czy na pewno ten artykuł powinien mieć canonical albo zmieniony tytuł, żeby nie kanibalizował się z innym, a właśnie się okazuje, że on przynosi najwięcej ruchu w tym momencie, pomimo że już ma 72 albo 96 godzin. Trzeba szukać drogi pośredniej, takiej praktycznej.

Więc tak, taki proces dbania o to, żeby nie było kanibalizacji, absolutnie powinien obowiązywać w przypadku wszelkich fraz evergreenowych. Tam, gdzie mówimy o czymkolwiek, co wyszukuje się w cyklach sezonowych, w okresie miesiąca, roku czy tygodnia, powinno być zadbane z punktu widzenia SEO, jeśli chodzi o kanibalizację.

Natomiast drugą częścią są właśnie artykuły newsowe, w których nie sposób zadbać o taki proces. Jest to po prostu niemożliwe fizycznie, byłoby to zbyt drogie, więc to, co najlepiej mi się sprawdzało, to po prostu zostawić to w cholerę, to i tak sobie samoistnie spada w czeluści w site mapach. Jedyne co robimy, to wstawiamy linki do materiałów nadrzędnych, czyli takich, które są już evergreenami.

Czyli, jeśli dziś mamy newsa o Donaldzie Tusku albo o Jarosławie Gowinie, czy innym polityku, to siłą rzeczy na pewno w serwisie mamy też temat, tag, notkę biograficzną, jakikolwiek adres, który jest evergreenem dla tego materiału. To co trzeba zrobić, to podlinkować ze starszych materiałów ten materiał, który ma być evergreenem. W 90 procent przypadków albo i więcej – bardzo subiektywnie oceniając, oczywiście – jest tak, że ten materiał evergreenowy rzeczywiście jest tym, który jest najwyżej, a materiały newsowe na tym wallu spadają coraz niżej.

Ponieważ zazwyczaj materiały newsowe nie są umieszczone w żadnej strukturze, są bardzo płaskie w strukturze serwisu – w przeciwieństwie do materiałów evergreenowych, które mają już klastry, są już ułożone w strukturze drzewa. Wiec tam rzeczywiście ta kanibalizacja jest ważna. Natomiast w tej strukturze takiej typowo wallowej, typowo płaskiej, jest tak, że one tak nisko spadają, że Google nie bierze ich pod uwagę często już po kilkunastu dniach. Chyba, że – oczywiście są wyjątki – któryś materiał zdobędzie bardzo dużo naturalnych linków, wtedy potrafi performować przez dłuższy czas.

Często po prostu to są sytuacje, które zdarzają się raz na dwa dni, raz na tydzień, i wtedy się indywidualnie podchodzi do tego materiału i się myśli, co z nim zrobić, aby wykorzystać jego potencjał.

[Robert Niechciał] Sugeruję nie rozpatrywać kanibalizacji z dnia na dzień, bo to nie ma sensu. Ten algorytm i tak potrzebuje trochę czasu, żeby przeliczyć content i porównać klastry. Teksty i kanibalizacja jest to problem bardziej długoterminowy niż taki szybki strzał newsowy.

W jaki sposób sprawdzić, czy treści i artykuły są kanibalizowane?

[Grzegorz Strzelec] Użyć Senuto.

[Karolina Matyska] Tak, dokładnie. W Senuto możecie to zrobić zarówno w Analizie widoczności, jak i w Monitoringu. Przy czym w Analizie widoczności, jeżeli nie macie złożonego projektu w Monitoringu, będzie to pewnie szybsze. To jest jeden ze sposobów sprawdzania kanibalizacji. Przyznam, że ja nie znam innych.

[Grzegorz Strzelec] Tak naprawdę Senuto umożliwia nam zautomatyzowanie całego procesu poszukiwania skanibalizowanych artykułów. Natomiast czasami mamy potrzebę, żeby zobaczyć to jednostkowo. Chcemy po prostu zobaczyć, który artykuł się kanibalizuje. Jeśli nasz traffic nie jest ogromny i ilość adresów w serwisie nie jest ogromna, najlepszym sposobem jest po prostu Search Console – nasze podstawowe narzędzie, w którym wpisujemy frazę, którą chcemy sprawdzić i możemy zobaczyć, które URL-e się pod nią wyświetlają.

Jeśli na wykresie widzimy taki rollercoaster, raz jeden artykuł, raz drugi się wybija, przełączając się pomiędzy artykułami – możemy być świadomi tego, że wtedy właśnie mamy do czynienia ze zjawiskiem kanibalizacji. To jest jeden z prostszych sposobów na sprawdzenie.

[Karolina Matyska] A czy można po prostu wpisać daną frazę w wyszukiwarkę i zobaczyć, czy są dwa URL-e na dany temat? To jest relewantna informacja?

[Grzegorz Strzelec] Niekoniecznie. Występowanie dwóch URL-i może być zjawiskiem pożądanym i niekoniecznie mamy tu do czynienia z kanibalizacją. Ze zjawiskiem kanibalizacji częściej mamy do czynienia, kiedy jednego dnia pojawia nam się jeden adres, a drugiego drugi adres.

[Robert Niechciał] Prostym, z technicznego punktu widzenia, wykryciem kanibalizacji może być zwykły skan serwisu i sytuacja, w której raport nam wypluje dwa artykuły o tym samym tytule. Na 99 procent w tym momencie mamy kanibalizcję, albo zduplikowane H1. To jest inna metoda, taka już, powiedzmy, onsite-owo techniczna, która pozwoli nam przynajmniej typować miejsca. Ja do określania problemu kanibalizacji używam jeszcze Ahrefsa.

Największe frazy, które chce się znajdować, rozwijam sobie, tam jest piękny wykres – i na tym wykresie, jeżeli są różne strony w danej chwili, no to już mamy kanibalizację. I a propos Search Consoli, to jest świetna sprawa: gdzieś widziałem darmowe raporty Google Data Studio, które zaciągają dane z Search Consoli i prezentują perfekcyjnie, w których miejscach w danej chwili znajduje się kanibalizacja. Czyli zewnętrzny raport stricte do tego.

W jaki sposób narzędzia SEO mogą wesprzeć lub ułatwić codzienną pracę dziennikarza?

[Łukasz Rogala] Dziennikarze nie korzystają z tych wszystkich fancy narzędzi SEO, jakie mamy, no a szkoda, naprawdę. Możecie żałować. Natomiast, patrząc od strony tworzenia contentu, jest mega dużo narzędzi, chociażby Senuto, które pozwala znaleźć inspirację do tworzenia treści, popatrzeć na co rankuje konkurencja, jakie mają słowa kluczowe. Na tej podstawie można uzupełnić te wszystkie rzeczy.

Jest jeszcze AnswerThePublic i tona narzędzi, więc pod kątem pracy z treściami bardzo to ułatwia. Wtedy nie jest już pisanie na czuja i czekanie, aż zarankuje, żeby było zobaczyć w Search Consoli, pod co się jeszcze można optymalizować – tylko można sobie przygotować plan wszystkiego na samym początku.

[Grzegorz Strzelec] Ja uważam, że dziennikarze nie korzystają z narzędzi SEO przede wszystkim dlatego, że nie są w stanie. Time to market dziennikarza jest zbyt szybki, żeby mogli w trybie live korzystać z narzędzi. Mało tego, wiele narzędzi odświeża się w trybie minimum dobowym, co zazwyczaj jest już o 23 godziny i 55 minut za późno dla dziennikarza. On potrzebuje mieć dane tu i teraz. Jeśli mówimy o frazach evergreenowych, to też dziennikarze nie korzystają z narzędzi.

Przez dziennikarzy rozumiem nie tylko tych ludzi, którzy pracują w redakcjach, ale też partnerów zewnętrznych, którzy tworzą treści evergreenowe i tam jednak najlepiej sprawdzają się gotowe briefy. Czyli dział SEO czy dział contentu dostarcza gotowy brief, jakiego materiału potrzebujemy i w jaki sposób on powinien być zoptymalizowany.

W przypadku artykułów newsowych ja sobie jestem w stanie wyobrazić – choć jeszcze nigdy na żywo nie widziałem – integrację poprzez API Senuto z wewnętrznymi CMS-ami firm i połączenie tego z danymi z Google Trends. W ten sposób można by każdego dnia mieć bardzo fajną rozpiskę, popartą danymi o wyszukiwalności z Senuto na tym, o czym warto w tym momencie pisać. Google Trends odświeża się w trybie co dziesięć minut, więc naprawdę dobrze działa i naprawdę szybko.

Dostarczając informacji nie tylko o tych newsach i trendach PAP-owych, ale o tym, czego naprawdę ludzie szukają w tym momencie najczęściej. Więc często jest dużą inspiracją do tego, żeby napisać jakiś materiał. Połączenie tego poprzez zintegrowanie się z API Senuto mogłoby być inspiracją do stworzenia bardzo fajnej wtyczkę do CMS-ów, która będzie pomagała w pracy dziennikarza jako narzędzie, które nie wygląda jak narzędzie. Po prostu twój CMS podpowiada ci, co masz zrobić.

I takie rozwiązanie w pracy dziennikarza mają sens. Rozwiązania, w których dziennikarz podczas swojej pracy musi wchodzić do zewnętrznych narzędzi sprawdzą się tylko w kilku czy kilkunastu procentach przypadków. Tych dziennikarzy, którzy są bardzo zajawieni na SEO i bardzo lubią pisać zgodnie z SEO. Mam na myśli najczęściej dziennikarzy technologicznych, biznesowych, którzy częściej zwracają uwagę na takie aspekty.

[Łukasz Rogala] Myślę, że wszystkie redakcje i w ogóle wszystkie działy SEO powinny się bardziej zaprzyjaźnić z Google Data Studio. My mamy dobre doświadczenie z tym, z kanibalizacją też. Nie wiedziałem, że są darmowe raporty, które pozwalają zidentyfikować kanibalizację, ale my na przykład wyłapaliśmy bardzo duży problem techniczny dzięki temu, że zmieniliśmy sposób, w jaki wyglądają dane.

Po prostu wyciągnęliśmy je na zewnątrz i okazało się, że jest duplikat. Taki potężny, całego serwisu, którego nie widzieliśmy w tych tabelkowatych rzeczach z Search Console. Jak wyciągnęliśmy do Data Studio, gdzie zwizualizowaliśmy sobie te dane, to nagle się okazało, że jest wow. Duży problem, który trzeba ogarnąć szybko, żeby nie tracić widoczności.

Jak wydawcy mogą motywować dziennikarzy do stosowania zasad SEO inaczej, niż poprzez "bo musimy mieć kliki”?

[Grzegorz Strzelec] To zabrzmiało bardzo pejoratywnie, a tak prawda jest taka, że kwintesencją pracy dziennikarza jest dotarcie do jak największego zasięgu. Ci dziennikarze piszą przede wszystkim po to, żeby to, co tworzą, było ujrzane przez możliwie najwięcej osób. Więc tak naprawdę te kliki, które brzmią tu pejoratywnie, są fundamentalnym celem pracy dziennikarskiej.

Często w redakcjach ubrane w szaty takiego brzydkiego celu, czyli musimy napieprzać, bo kliki, bo trzeba target zrobić, mówiąc tak bardzo już korporacyjnym językiem. Ja się z tym nie zgadzam, powinno być to w DNA dziennikarza, że on szuka zasięgu dla swojej publikacji.

Przykład nawet takich działań blogerskich. Bloger, kiedy publikuje swój materiał, to robi wszystko, żeby on dotarł jak najszerzej. Optymalizuje go pod SEO, publikuje na Facebooku, na Instagramie, kiedyś też na Pintereście, teraz na Tik Toku. Ludzie dzielą się tym, co stworzą, bo chcą, żeby dotarło to szeroko. Determinuje to te zachowania, czyli chcę, żeby mój materiał był oglądalny, więc dbam o wszystkie aspekty, które temu mogą pomóc.

Tworzę fajny og:title pod Facebooka, tworzę fajny tytuł pod SEO, troszkę optymalizuję i dobieram dobre zdjęcie po to, żeby na Facebooku mi się to sprzedało. To są wszystko działania po to, żeby zdobyć zasięg, więc tak naprawdę szukanie innych motywacji jest troszeczkę dorabianiem ideologii, w mojej opinii.

Można oczywiście budować model rywalizacji. Niektórzy ludzie z natury lubią takie formy, więc możemy sobie robić zawody w redakcji, kto najwięcej zdobędzie klików w tym miesiącu z Google'a albo z Facebooka. To zawsze jest jakiś sposób. Ubrać to w fajny model rywalizacyjny, z nagrodami. Ten kto wygra, powiedzmy, ma darmowe piwo na najbliższej imprezie, czy tam coś innego w knajpie.

Według mnie te kliki są jednak częścią tej pracy dziennikarskiej. Żaden dziennikarz nie chciałby, żeby zarzucić mu klepanie wierszówki. Tu nie chodzi o to, żeby napierdzielać „niedziele handlowe” po to, żeby mieć więcej. Natomiast chodzi o to, żeby jednak te zasięgi zdobywać i to jest chyba najważniejsze w pracy dziennikarza.

[Łukasz Rogala] Generalnie rozchodzi się o to, żeby też pokazać ludziom, że ich praca coś daje. W sensie, żeby informować: patrz, przepisaliśmy ten content, czy zrobiliśmy go fajnie i mamy top trzy na ciężką frazę. Wiadomo, że tam za tym wszystkim stoi większy mechanizm, trochę linków poszło, ale jak dobrze ubierzemy tę historię i dobrze pokażemy, że ta praca przekłada się na fajny ruch i fajne rezultaty, to ludzie sami się też zaczynają interesować.

To jest mega ważne, żeby rozpalić ten płomień do tworzenia fajnych treści i to jest bardzo trudne. Ale jak się pokazuje i często wraca z informacją, że – hej, fajnie napisany content, fajnie dopracowane linkowanie wewnętrzne, zobacz jak te SERP-y wyglądają teraz, fajne to jest – to ci ludzie się potrafią podjarać.

Tylko grunt, żeby ich informować o tym, że wszystko, co robią, przekłada się na wyższy cel. Nie, że jesteś tylko małym bloczkiem, że napisz tekst i spadaj, tylko, że jesteś częścią czegoś więcej. No i oni się wtedy zaczynają interesować tym tematem i sami myślą o SEO. Ja na przykład mam przyjemność pracować z ludźmi, którzy myślą o SEO cały czas. Tutaj pozdrawiam Krzysia od siebie z pracy. Krzyś jest takim człowiekiem, który myśli bardzo dużo o SEO zawsze i dba o te treści. To jest taki element rozpalenia frajdy w tym, co się robi. Tego życzę wszystkim, żeby z takimi ludźmi pracować.

[Karolina Matyska] Ja się zajmuję w Senuto content marketingiem i do pisania jedną z największych moich motywacji jest to, kiedy moje artykuły są najbardziej czytane – a kiedy są pod SEO, to są po prostu bardziej czytane i to jest magia tego SEO.

Czy media nie psują czasem internetu?

Jaki jest wasz komentarz na temat mediów regionalnych, które stosują przedziwne SEO akrobacje, aby pojawić się wyżej w Google na popularne i niekoniecznie medialne frazy, typu na przykład – kiedy przyjdzie wiosna?

[Grzegorz Strzelec] Sami w naszej branży, w różnych grupach, często wklejamy różne screeny, które powodują, że robimy facepalma, bo nie możemy patrzeć na to. Więc trochę psują. Tylko musimy też pamiętać w tym wszystkim, że społeczeństwo to nie tylko SEO-wcy, którzy rozpoznają to i widzą. Społeczeństwo to są też inni ludzie, którzy często patrzą na te materiały i rozumieją to, jako stan zastany, że tak ma być. Nie rozumieją przyczyn. My jako SEO-wcy, dziennikarze, rozumiemy przyczyny, dlaczego tak się dzieje.

Nie zmienia to faktu, że to rzeczywiście psuje internet. Ja na szczęście trafiałem zawsze do mediów, gdzie był bardzo silny firewall, który hamował takie zapędy. Dziś mam to już we krwi, dzięki temu. Zawsze trafiałem na osoby, które nie pozwalały na to, żeby popsuć, żeby stworzyć sieczkę „niedzieli handlowej”, czy innych tego typu fraz. Ta „niedziela handlowa” ostatnio jest na czasie.

Ale z drugiej strony musimy też mieć na uwadze to, co wspomniałem wcześniej, że kasa, którą możemy zapłacić za wierszówkę – bo tu już praktycznie mówimy tylko o wierszówce, to już nie jest dziennikarstwo – jest w Polsce ograniczona. Bo ze względu na to, że mamy bardzo niskie CPM.

Konia z rzędem temu, kto znajdzie mi medium, które jak widzi frazę "niedziela handlowa" – która łącznie ze wszystkimi łącznymi frazami ma wyszukiwalność na poziomie powyżej miliona wyszukiwań miesięcznie – to się nią nie zainteresuję. No każde medium się będzie tym interesowało, to jest bańka prawie darmowego ruchu. I to mówiąc tylko o głównych frazach, nie mówiąc o całym longtailu, który stworzy kolejne dwie albo trzy bańki potencjalnego ruchu.

Co ważne: ja uważam, że to przerysowanie, które widzimy w tego typu materiałach i w tworzeniu tego typu contentu jest za duże, niepotrzebnie za duże. Być może ktoś z tych mediów regionalnych słucha nas teraz. Ja mam sugestię: wybrać dwa, trzy serwisy i spróbować na nich robić te same rzeczy, ale dużo łagodniej, dużo mniej zoptymalizowane, tak, żeby dało się to przyjemnie czytać.

Być może tę bulletlistę dodać z podsumowaniem materiału, aby użytkownik już na samiutkim początku dostał informację "tak, gościu, dzisiaj jest niedziela handlowa", albo "nie jest dzisiaj niedziela handlowa". I w kilku bulletpointach wytłumaczenie, dlaczego. Uwierzcie mi, że możecie być zaskoczeni efektami, więc ja sugeruję zrobić taki test. Tylko test. Może nawet nie trzy serwisy. Spróbujcie na jednym, tylko i wyłącznie na jednym serwisie przeprowadzić taki eksperyment.

[Łukasz Rogala] Wiesz czym Grzegorz się to kończy? To będzie tak, że ten cały zapchany content z góry, on tak magicznie zjedzie na dół, poniżej pierwszego ekranu.

[Grzegorz Strzelec] Moje doświadczenia pokazują, że największy ruch na frazy – właśnie te, na które jest najwięcej takiego spamu – mają te serwisy, które najmniej optymalizują te materiały. Albo może nie najmniej optymalizują, tylko nie w takim stopniu.

[Łukasz Rogala] Wyjawię sekret SEO. Im mniej myślisz o SEO, tym lepsze SEO.

[Robert Niechciał] Ja tego nie rozpatruję z perspektywy jakości tego, co tam jest. Celem jest po prostu budowa ruchu i walka o ten eCPM, o którym powiedział Grzegorz. To jest najprostsza sprawa, by się wciskać wszędzie, dzięki mocy domeny, i ja to rozumiem, że to tak działa. Jeżeli zadbają o jakość, o której wspomniał Grzegorz, o tych bulletpointach, czy czymkolwiek, żeby to było lepsze, to wtedy jest win-win. Niech to robią dalej, niech się skalują, bo mają więcej ruchu, mają więcej pieniędzy, jak stać ich na opłacenie dziennikarzy, to już jest świetnie.

Co, jeśli CMS-y nie posiadają odpowiednich pól dla konkretnych tytułów (wyświetlanych i SEO)?

[Łukasz Rogala] Najprościej by było zmienić CMS, ale w zależności od tego, jaki to CMS, to walczcie o to, żeby wprowadzić takie zmiany. A jeżeli nie, no to próbować łączyć SEO z jakimś tam elementem clickbaitu.

[Grzegorz Strzelec] Chciałem jeszcze podkreślić, że i tytuł SEO, i tytuł redakcyjby – oba są wyświetlane, tylko w różnych miejscach: tytuł redakcyjny jest wyświetlany w materiale na naszej domenie, natomiast tytuł SEO jest wyświetlany też na pasku przeglądarki i jako tytuł w wynikach wyszukiwania. One wszystkie są wyświetlane, tylko mają swoje inne cele. Brak rozdzielenia tych dwóch tytułów jest pozbawieniem się istotnej części optymalizacji SEO. Z natury skazujemy się na to, że musimy tworzyć tytuły typowo redakcyjne, które jednocześnie będą wyświetlane jako tytuły SEO.

To powoduje, że z punktu widzenia optymalizacji klikalności tracimy pewną istotną część i tracimy też istotną część na możliwość przemycenia na przykład frazy w mianowniku liczby pojedynczej, czyli tak jak najczęściej wyszukują ją jej użytkownicy. Polecam, żeby dział IT po prostu jednak znalazł przestrzeń na to, żeby dodać taki tytuł oddzielny, lub jeśli jest to niemożliwe z przyczyn infrastrukturalnych w CMS-ie, to po prostu lepiej pomyśleć o zmianie CMS-a. Chociaż nie sądzę, żeby SEO tytuł był przyczyną zmiany CMS-a.

Co z Google News, jakie macie tipy, by tam się znaleźć?

[Grzegorz Strzelec] Można skupić się na kilku rzeczach. To, co jest najważniejsze, to żeby być trendowym. Czyli bloczek Google News pojawia się zazwyczaj wtedy, kiedy dany temat jest na tyle trendującym, że piszą o tym inne media, o konkretnym zagadnieniu – przykładowo, wszystkie media zaczynają pisać o Jarosławie Gowinie, Lewandowskim czy kimkolwiek innym. W tym momencie na frazę "Robert Lewandowski" i wiele pobocznych fraz z tym związanych zaczyna generować się bloczek Google News. Musimy to zrobić teraz, nie jutro, nie za trzy godziny, tylko w tym czasie, kiedy trend powstaje.

Time to market to jest dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, trzydzieści minut. Można się dostać do bloczka później, ale trzeba mieć dużą reputację, jako serwis, żeby przegapiając trend tam się dostać. I mało tego – będziemy już zgarniać ochłapy, więc musimy pisać o rzeczach trendujących, które są trendami w tym momencie, i musimy o tym pisać teraz.

Czyli musimy mieć zbudowany w naszej organizacji proces, który zawsze wyłapuje trendy w naszej branży. Nie musi wcale to być branża polityki. To jest też branża biznesu, kultury, muzyki, filmu i wielu innych dziedzin naszego życia społecznego, w której możemy być wydawcą Google News i musimy wyszukiwać na bieżąco wszelkich najnowszych informacji i o nich po prostu pisać.

Poza tym, do spełnienia jest cały szereg wymagań technologicznych, niektóre są bardzo proste, a niektóre wymagają wręcz przepisania CMS-a, żeby je spełnić. Bardzo wskazane są odpowiednie standardy SCIM-a. Format news article, który jest bardzo wskazany. Bardzo wskazana jest specjalna mapa pod Google News.

Konieczne jest, aby nasz obraz był w odpowiedniej rozdzielczości. I jeszcze, uwierzcie mi, jeśli ktoś z was był na moim szkoleniu SEO Tour, to pamięta slajd, na którym była taka matryca, w której w każdym bloczku była inna wytyczna technologiczna, którą trzeba spełnić, żeby tam się dostać.

I teraz o co chodzi. Nie musimy tych wszystkich wytycznych spełniać w idealny sposób. Problem jest w tym, że komunikacja z Google News jest bardzo skąpa i może być tak, że nie spełniamy jednej z nich i zostajemy odrzuceni jako wydawca. To powoduje, że najlepiej jest jednak wdrożyć wszystkie te rekomendacje. Przykład: odpowiednie formatowanie daty jest kluczowe. Warto mieć w serwisie datę publikacji z artykułu i datę aktualizacji, jeśli aktualizujemy artykuły, ponieważ tą datą aktualizacji da się bardzo sprytnie manewrować usługę Google News. To są takie kolejne niuanse.

Natomiast fundament to jest zacząć pisać o trendach, najlepiej regularnie – jeśli nasz serwis nie jest w całości poświęcony newsom, wydzielić do tego odrębną kategorię serwisu, na przykład newsy, która jest pod odrębnym adresem URL.

I to jest dość ważne, żeby to był odrębny adres URL, gdzie znajdą się tylko i wyłącznie materiały newsowe. Ponieważ Google akceptuje do usługi Google News albo cały serwis, albo jego konkretne sekcje, więc jeśli nasze artykuły newsowe są przemieszane w dużej ilości z artykułami evergreenowymi w różnych kategoriach, to raczej będziemy mieli małe szanse na dobrą ekspozycję. Chociaż nawet możemy stać się wydawcami, możemy mieć problem z ekspozycją.

Przez to idealnym sposobem jest to, aby wydzielić odpowiednią sekcję. Zaczniemy od „newsy”, kiedy już się tam dostaniemy możemy stworzyć potem kolejne sekcje, które będą newsowe, ale już nazwane tematycznie, czyli na przykład "biznes", "gospodarka", "polityka". Tak jak to robią największe media. I wtedy kolejne sekcje mogą być dodawane do tej usługi Google News.

[Robert Niechciał] Tutaj jeszcze warto wspomnieć o AMP, które jest koniecznością. I mam prośbę, żebyś powiedział trochę o Google Discover, bo to jest nowość, a tam jest ogromny potencjał.

[Grzegorz Strzelec] Google Discover ma jeszcze troszeczkę inne reguły. Przykładowo, do Google Discover wymagają inną minimalną rozdzielczość obrazka, niż Google News. Wyższą i odpowiedni format tego obrazka, więc to już jest podstawa, żeby w Google Discover móc się pojawiać. To jest jedna wytyczna. Druga: tak samo pisanie o tematach trendujących, ciekawych. I tak na prawdę wiele więcej o Google Discover nie wiemy.

Dokumentacja jest bardzo skąpa, z moich doświadczeń każdy, absolutnie każdy serwis, nawet e-commerce'owy, może wpaść do Google Discover. Nawet miałem ostatnio przykład z Only Calculator, w którym był artykuł związany z kalkulatorem – chyba – zużycia papieru toaletowego, coś interesującego tam było, takiego trendującego – trafili do Discover i ruch poszybował. Ale to był peak i potem cisza.

[Karolina Matyska] Muszę powiedzieć, że nam też się udało z dwoma artykułami wpaść na Discover ostatnio i nawet nic nie robiłam, żebyśmy tam byli, a naprawdę ruch poszybował ładnie.

[Robert Niechciał] Dlatego ruszyłem ten temat, bo dokumentacji brak. To się pojawia znikąd w pewnym momencie. Nagle są peaki, ruch znikąd. Dlatego to jest bardzo ciekawa rzecz.

[Karolina Matyska] A możesz jeszcze powiedzieć, czym jest ten Google Discover, bo może nie wszyscy wiedzą.

[Grzegorz Strzelec] Każdy z nas kojarzy moment włączenia na przykład przeglądarki albo jakiejś aplikacji google'owej, newsowej czy przeglądarkowej w telefonie. I wtedy zaczyna nam się pojawiać wall newsów, ciekawe informacje z różnych serwisów. I to jest to miejsce, do którego najczęściej trafiają materiały właśnie w ramach Google Discover. Oczywiście ta usługa funkcjonuje jeszcze w innych usługach google'owych.

Natomiast co do tego, co pochodzi z naszych telefonów. Otwieramy rano telefon, włączamy przeglądarkę i widzimy inspirujący, ciekawy tytuł materiału. Klikamy. I to jest to, co powoduje bardzo duży przeklik, właśnie przde wszystkim z telefonów. Z tego powodu warto próbować nie dostać się – bo do usługi Discover się nie da dostać – tylko pisać na tyle newsowo, trendowo, żeby po prostu nasze materiały mogły być tam zaakceptowane.

Nie pamiętam wszystkich wymogów technologicznych, na pewno pamiętam tę o odpowiedniej rozdzielczości fotografii. Chyba też wymagane jest odpowiednie formatowanie treści. Nie pamiętam, czy są wymagane jakiekolwiek znaczniki semantyczne.

[Robert Niechciał] Wymogi technologiczne są bardzo zbieżne z Google Newsami. To jest taka usługa, która pojawia się właśnie znikąd od jakiegoś czasu w Search Console. Możecie sprawdzić swoją domenę, jak wejdziecie do Search Console, po lewej stronie, czy tam jest napis "discover" z taką gwiazdeczką. Jeżeli jest, to znaczy, że Google odpaliło to niejako dla waszej domeny i zapewne tam się pojawią peaki ruchu związane z tym, że jakiś tekst zaczął trendować i przynosić dużo ruchu w serwisie.

Tytuły i nagłówki tylko boldujemy, czy trzeba je oznaczać H3, H4, H1, H2?

[Łukasz Rogala] Nagłówki przede wszystkim. Śródtytuł, nagłówek.

[Grzegorz Strzelec] Ja uważam osobiście, że tytuł materiału powinien być najczęściej oznaczany nagłówkiem H1, natomiast śródtytuły nagłówkiem H2. To są nasze najważniejsze elementy treści, czyli tytuł i śródtytuły. One determinują zawartość. Tytuł determinuje zawartość całości, więc jest najważniejszą częścią naszego materiału, natomiast H2 – śródtytuł – determinuje zawartość dokładnie pod tym śródtytułem. Tak jakby systematyzuje nam o jeden poziom w dół cały materiał. Cała reszta w serwisie to już są kolejnego rzędu nagłówki H3. Jeszcze nie widziałem zasadnego użycia nagłówka H4. Do H3 maksymalnie, w mojej opinii.

[Robert Niechciał] Nagłówki H3, H4 mogą być fajnie zastosowane, jeżeli tworzymy jakąś hierarchię w artykule. Jeżeli mamy WordPressa, to są darmowe wtyczki, które generują fantastyczny spis treści i on właśnie, dzięki tym nagłówkom, zostanie ładnie poukładany, co z czego wynika. A to bezpośrednio przekłada się na zdobywanie tych sitelinków, czyli dekorowania naszych wyników w SERP-ach.

[Karolina Matyska] Często można zauważyć, że na portalach jest bałagan i na przykład na pojedynczych stronach nie ma w ogóle żadnych nagłówków, a ważne jest to, żeby tam ta jedna H1 była, H2 też – po to, żeby Google wiedział, jaka jest struktura danego tekstu.

[Robert Niechciał] Kiedy wszystko jest dobrze semantycznie ustrukturyzowane możemy walczyć o zero kliki, czy jakieś wyniki reach snippet. Także to jest wszystko połączone, musi to być tak zakodowane semantycznie. To jest podstawa.

Co, jeśli tworzymy medium od początku, zupełnie od zera?

Jak wtedy konkurować przy pomocy SEO z dużymi, regionalnymi czy ogólnokrajowymi portalami, kiedy jesteśmy praktycznie niewidoczni?

[Grzegorz Strzelec] W mojej opinii: zrobić wszystko, co się da, żeby jak najszybciej dostać się do usługi Google News. Czyli musimy przyjąć taką karencję na ruch, na okres mniej więcej od czterech do ośmiu miesięcy. Czyli, że ruch będzie kapał tylko i nic więcej, ale ten okres od czterech do ośmiu miesięcy, w zależności od natężenia procesu redakcyjnego, jest wystarczający, żeby dostać się do usługi Google News. Teraz ten proces chyba już jest automatyczny, już nie trzeba się zgłaszać, po prostu trzeba publikować.

Kiedy już się dostaniemy, to proces budowania reputacji u wydawców Google News to jest taki proces, który potrwa od kilku miesięcy do roku, ale już od początku możemy bardzo istotnie zwiększyć ruch. Przykład: jeden serwis, który mniej więcej rok temu wciągnąłem do Google News, z dnia na dzień zwiększył swoją widoczność w Google o ponad milion sesji miesięcznie.

Tak naprawdę, w ciągu kilu dni po dostaniu się do usługi Google News możemy już mówić o milionie sesji. Co jest wartością z wyszukiwarek, która pozwala się serwisowi w całości zmonetyzować kanałami eCPM, jakimiś sponsoringami, akcjami specjalnymi i różnymi innymi formami. Tak naprawdę już jesteśmy w stanie się utrzymać, tylko i wyłącznie dodając się do usługi Google News.

To jest pierwsze, na czym bym się skupił, ponieważ tworzenie mediów zazwyczaj oznacza koszty. To są redaktorzy, to jest utrzymanie serwerów, które muszą wytrzymać na początku niby niskie obciążenie – ale wystarczy jedna większa promocja i okazuje się, że to obciążenie jest gigantyczne. Musimy być gotowi na duże obciążenia. To determinuje, że koszty infrastruktury i utrzymania IT są całkiem spore.

Przez to utrzymanie medium już od początku generuje koszty. W mojej opinii, w pierwszym roku liczenie na poważne efekty z organicznego Google jest troszeczkę ślepym marzeniem. Raczej powinniśmy o tym nie myśleć od samego początku. Robić wszystko, żeby tak było w przyszłości, ale bez wielkiego oczekiwania efektów.

Natomiast Google News, a przy okazji właśnie Google Discover, może być dla nas szansą, żeby w możliwie krótkim okresie zacząć performować całkiem sprawnie. Dołączając do tego Facebooka, mając chwytliwe, ciekawe, porządne materiały i tytuły, jesteśmy w stanie zbudować widoczność w dość krótkim okresie. Oczywiście, jeżeli trafiamy w rynek z informacjami, których ten rynek oczekuje.

[Łukasz Rogala] Uważam, że powinno się wyjść od spełnienia technicznego minimum w zakresie SEO, zadbać o podstawy i myśleć tak, jak by się było już dużym zawodnikiem, czyli przygotować się pod budowanie dużego ruchu w przyszłości. Pytanie, w jaki sposób wydawca chce zarabiać w serwisie. Czy chce monetyzować content przez jakąś afiliację, czy chce go monetyzować w klasyczny sposób, jak duże serwisy?

W obu przypadkach zacząłbym od ogarnięcia wszystkiego, co technicznie jest ważne, stworzenia sobie dobrej architektury informacji, zaprognozowania tego, o czym będą tworzone te treści. W jakim kierunku będziemy szli. I generalnie bardzo dużo czasu poświęciłbym też na początku na analizę, korzystając z dostępnych narzędzi. Znaleźć low hanging fruits, gdzie duzi zawodnicy nie są jakoś mocno obstawieni i próbować pokryć najpierw ten content z długiego ogona wyszukiwania. W ten sposób zbudować sobie zasięg.

Natomiast, jeżeli zależy nam na tym, żeby być rozpoznawalnym, znaczącym medium, to poza próbą wejścia do Google News, myślałbym też o wykorzystaniu innych kanałów, żeby w innym miejscu też budować ten zasięg. Nie zamykać się nigdy na jedno medium, bo to najgorsze, co można zrobić w tym momencie. Żyjemy w takich czasach, są te touch pointy, są te momenty. Jeżeli zamkniemy się tylko na organic, to możemy się trochę rozczarować, bo będzie to trochę trwało, zanim wejdziemy i zaczniemy realnie konkurować.

Zaczynałbym od ułożenia sobie całej architektury serwisu, zaplanowania tego, w którym kierunku będziemy szli, a potem szukania low hanging fruits, czyli takich fraz, na których konkurencja nie jest mocna. Robienie sobie analizy content gap, czyli czego konkurenci między sobą nawet nie mają – bo jeżeli my napiszemy content, możemy ten content też wykorzystać po to, żeby na przykład pójść do jakiegoś serwisu i powiedzieć: "hej, słuchajcie napisaliśmy content na jakiś temat, więc możecie nas podlinkować". Możemy tak ładnie, po zachodniemu, próbować pozyskiwać linki. Tak bym myślał, żeby robić na samym początku, ale nie zamykałbym się też absolutnie tylko i wyłącznie na SEO.

[Robert Niechciał] To ja jeszcze dodam o strategii SEO, tej takiej organicznej, i zwykłym searchu. To, o co warto zadbać na samym początku, to technika i architektura informacji, to jest jasne. Kolejna rzecz to jakby plan contentowy, którym będziemy pokrywać frazy, żeby nie dopuścić do sytuacji, kiedy będziemy w kółko pisać o tym samym. Czyli będziemy pisać newsy, nie wiem, „nowa kolekcja Gucci 2020” – tego nikt nie będzie szukał, tylko pisać pod frazy, które będą nam się przyklejać do serwisu.

W pewnym momencie możemy, oczywiście to jest długoterminowa gra, strzelam – w pół roku, zacząć grać czynnikami behawioralnymi, CTR-ami i tak dalej, żeby się pojawiać w Google i żeby ludzie zaczęli wchodzić do nas. Być może Google News dostrzeże ten nasz serwis i w pewnym momencie zacznie go troszeczkę wypychać. Oczywiście linki są konieczne i tak dalej, natomiast ja bym tutaj szukał tego typu rzeczy, żeby przyciągać ruch przyciągać, żeby Google czuło te CTR-y u nas i to, że jesteśmy.

I oczywiście linki, czyli w zależności od strategii: kupowanie, rozsyłanie treści do innych redakcji, w celu podlinkowania infografik. Przy tego typu wydawcach może się fajnie sprawdzić i to jest rzecz niezbędna, by funkcjonować, performować w perspektywie roku.

Co z informacjami z PAP. Czy warto poświęcać czas zmieniając tekst? Jeśli PAP stanowi około 30% informacji na portalu.

[Grzegorz Strzelec] Trzeba selekcjonować te wiadomości PAP-owskie, które mogą mieć potencjał ruchu dla nas właśnie z Google Newsa. I te rzeczywiście warto zmieniać i rozwijać. Czasami wystarczy zmienić dosłownie lead tego materiału, zostawić główną treść, zmienić link, zmienić tytuł, zmienić tytuł SEO i to może być już całość procesu, i to możemy publikować.

Ja generalnie nie polecam publikacji przedruków PAP-owskich bez żadnej zmiany, ale wiem, że takie praktyki są i z tego potrafi kapać. Tylko ja nigdy nie potrafiłem sobie odpowiedzieć na pytanie, ile to czyni więcej szkody niż pożytku dla serwisu, takie duplicate contents z innymi serwisami. Ale dla takiej czystości, ortodoksyjności moich poglądów ja zalecam, żeby nie publikować czystych przedruków. Czyli selekcjonujemy z PAP tylko i wyłącznie to, na czym nam zależy, co ma potencjał, co się wpisuje w tematykę naszego serwisu i albo po prostu przepisujemy to, cytując tylko PAP, albo przynajmniej zmieniamy tytuł SEO, tytuł redakcyjny i lid.

[Robert Niechciał] Wydaje mi się, że tego typu praktyki, właśnie przedrukowywanie czy branie tego contentu z PAP-u jest spoko, jeżeli to idzie do tego segmentu szybkich newsów, które będą spadać i nie nastawiamy się, żeby to w krótkim terminie performowało jakkkolwiek w Google, tylko w innych kanałach. Mamy news, wrzucamy na fejsa, wszędzie, gdzie się da – i to idzie. Natomiast z perspektywy SEO duplikacja treści, czy właśnie takie słabej jakości artykuły, w dłuższym terminie nie będą przynosić ruchu do serwisu.

Zapisz się do newslettera Senuto! Świeże materiały z bloga wprost na Twoją skrzynkę:


[Łukasz Rogala] To też zależy od tego, kim jesteś. Bo jak jesteś dużym serwisem o potężnym autorytecie, to możesz brać treści słabszych zawodników i je wrzucać. Nie masz problemu z tym, że masz taką samą treść jak sto innych serwisów, bo ty jesteś mocniejszy. Jesteś bardziej utytułowany – upraszczając bardzo cały mechanizm. Natomiast jak jesteś małym wydawcą i szukasz sposobu, żeby pozyskiwać nowe treści, żeby coś kapało, to wzięcie takiej informacji, przepisanie jej, chociażby danie klikalnego leada, popracowanie z tytułem i ewentualnie rozbicie tej informacji na kawałki z jakimś swoim komentarzem jest dużo lepsze, niż takie po prostu kopiuj-wklej i liczenie na to, że się będzie gdzieś wysoko. Nie na początku, jak się jest początkującym wydawcą i ma się świeży serwis.

Wiadomo, że serwisy dotyczące tematyki zdrowotnej są pod szczególnym "nadzorem" Google. Prośba o konkretne wskazówki i rady, jak zadbać o to, aby popracować nad wiarygodnością strony w oczach Google'a.

[Robert Niechciał] Pytanie chyba jest odnośnie tych algorytmów medic, które cyklicznie nawiedzają wyszukiwarkę. Teraz robimy testy, by problem tego algorytmu zacząć rozważać w linkach. Wyjść z założenia, że branża, w szczególności zdrowotna, jest mocno spamowana, atakowana afiliacyjnie przez produkty związane z suplementami beauty itd. Jakość linków jest znikoma, albo jest masowa. Dlatego przede wszystkim zadbać o warstwę linków, bo z tego, co obserwuję przez ostatnie kilka iteracji tego algorytmu, tam są powody ewentualnych spadków.

Do tego były pomysły, że treść musi być podpisana jakimś autorem, najlepiej profesorem albo jakąś fejk personą, która jest nie wiadomo jak uczonym w tym temacie. Natomiast z perspektywy dwóch lat praktycznie – bo od dwóch lat się zderzamy z tym problemem – to nic nie dało. Sugerowałbym szukać tego autorytetu w linkach dla takich serwisów i dbać o semantykę treści, o plan.

Jeśli chodzi o kanibalizację, to w szczególności w tego typu serwisach znajdują się problemy i powody ich spadków. I oczywiście jeszcze jedna rzecz: te algorytmy głośno okrzyknięte medicami są widoczne praktycznie we wszystkich branżach. Być może medyczna czy zdrowotna jest na świeczniku, natomiast jest to widoczne w każdej innej branży. Nie można tego tylko zawęzić do branży zdrowotnej.

[Grzegorz Strzelec] Jednym z większych błędów, jaki ja dostrzegam w serwisach medycznych, które notują taki rollercoster od nie tylko dwóch lat, jest to, że bardzo często mieszają content, który jest stricte medyczny, z contentem, który jest bardzo lifestylowy. Według mnie to może być jedna z tych przyczyn, które determinują, że te serwisy nie mogą się przebić na te artykuły bardziej medyczne, bardziej zorientowane na tematykę chorób.

Linkowanie to absolutna bolączka tej branży medycznej, z tego względu, że większość opieki zdrowotnej – czy tych podmiotów, które mogły by być dostawcą linków dla branży medycznej – jest hermetyczna, pozamykana i bardzo ciężko wydębić od nich link. A takie linki byłyby najcenniejsze. To jest jedna strona medalu. Ale to, co ja obserwuję w serwisach, które miały problem z medic'iem, to było to bardzo wielkie mieszanie contentu.

Przykład: miałem przyjemność pracowania przez lata nad serwisem Medonet.pl, który dziś jest liderem branży medycznej i tam postawienie na wysokiej jakości content, prawie że bez myślenia o wielkich linkach – dosłownie przelinkowania tylko troszkę z innymi serwisami w ramach grupy – to robi swój potencjał. Natomiast niejednokrotnie widzieliśmy, że przelinkowanie się Onetu wcale nie musiało przynosić oczekiwanych rezultatów, jeśli jakość contentu była pod psem.

Ta jakość contentu, w mojej opinii, jest istotna, czyli oprócz tego, że nie poruszamy zbyt lifestylowej tematyki, w serwisie typowo medycznym, to druga sprawa – dbamy, żeby ten content był odpowiednio sklastrowany. Żeby budował odpowiednie topical authority. W ramach jednego piece of content oczywiście, czyli content ma poruszać odpowiedni temat, nie wychodzić za bardzo. Uwzględniać frazy semantyczne, które są znaczeniowo bardzo blisko. Często ludzie rozumieją tak, że użyć innej frazy semantycznej, to znaczy użyć takiej frazy, która jest bardzo często wyszukiwana. A guzik prawda. Nie o to chodzi.

Frazy semantyczne nie mają nic wspólnego z wyszukiwalnością. Mają dużo wspólnego z bliskością siebie w powszechnym użyciu. To jest klucz do tego, żebyśmy takich fraz używali w takich materiałach. O długości nie wypowiadam się. Nigdy nie znalazłem korelacji, jeśli chodzi o długość takich materiałów, ale wypełnienie odpowiednią liczbą fraz często samo determinuje długość tego materiału. Nie musimy skupiać się na konkretnej długości materiału, tylko chcąc poruszyć w całości dane zagadnienie, i tak rozpiszemy się troszkę.

Ja lubię czasem przyjąć taki czynnik, który bada konkurencję na konkretną frazę i sprawdza, ile oni mają napisanego tego tekstu i staram się od tej konkurencji zbytnio nie odstawać. To jest jedyna reguła, ale czasem sam odchodzę od tej reguły i z powodzeniem.

[Łukasz Rogala] Problem z madic'iem jest taki, że obrywały serwisy, do których nie dało się przyczepić pod kątem technicznym nawet. To się nie działo tylko i wyłącznie w branży medycznej. To po prostu taka niefortunna nazwa, no bo największe spadki były właśnie tam, ale obrywały też serwisy, które w myśl koncepcji "your money, your life", w jakiś sposób mogą oddziaływać na użytkowników.

Z moich doświadczeń to jest tak, że obrywały dwie grupy serwisów. Pierwsze to takie, które miały ewidentnie jakieś zaszłości on-site'owe – rzeczy, które odkładane były na później, bo do teraz rosło, nie było problemu i przy pierwszej lepszej okazji, czyli przy medicu – ciach, spada wszystko. A druga rzecz to jest coś, na co wielu ludzi nie patrzy – kontekst zapytań. Tutaj bardzo pomaga historia SERP-ów, żeby zobaczyć, czy nie doszło do zmiany kontekstu jakiegoś zapytania.

Przy medicu bardzo często tak było, że Google stwierdzało, że zamiast pokazywać, dajmy na to, długi content medyczny, stwierdziło, że jeżeli ktoś wpisuje "nadciśnienie", to może go interesować nie, co to jest nadciśnienie i jak się ono objawia, tylko konkretne rozwiązania. Bardzo często apteki zaczynały wskakiwać na takie zapytania, które wcześniej miały charakter bardzo informacyjny.

Do tej analizy i optymalizacji contentu mega ważne jest patrzenie na kontekst zapytania. Są opracowania w internecie, które to podsumowują, więc jak ktoś nie ma czasu, a nikt go nie ma, to może sobie przeczytać, żeby patrzeć też na optymalizację przez pryzmat tej intencji i odpowiadania na ten kontekst.

[Robert Niechciał] Polską Akademię Nauk stworzyła narzędzie, dzięki któremu za darmo możecie sobie sprawdzać słowa, które są blisko w języku polskim i je wykorzystywać do tej optymalizacji dystansu semantycznego. My stosowaliśmy to narzędzie do tego, żeby przechwytywać snippety. Bo żeby przechwycić snippet, dobrze jest opisać temat słowami związanymi semantycznie. Przy użyciu tego narzędzia, które Karolina wkleiła, opisywaliśmy jakieś artykuły słowami i nagle łapaliśmy zero-click search.

[Karolina Matyska] Dodam, że w Senuto mamy taki raport "słowa zależne" i tam też podajemy frazy, które są powiązane semantycznie i które powinny się znaleźć na tej samej stronie, co fraza główna, pod którą sobie optymalizujecie artykuł. Po to, żeby nadać jej taki kontekst semantyczny, żeby Google trochę lepiej rozumiało tę treść

Na jakie metryki w Google Search Console wydawcy i dziennikarze powinni zwracać uwagę?

[Grzegorz Strzelec] To jest ciekawe pytanie. Ja spotkałem się z różnymi redakcjami, które były na przykład totalnie zajawione na dane. Miałem raz styczność z redakcją technologiczną, dla której specjalne raporty tworzyliśmy w Data Studio tylko po to, żeby zaspokoić ich ciekawość i ich potrzebę ciągłej walki o to, żeby tworzyć lepsze wyniki. Dla nich przydawały się raporty, które pokazywały ich performance z dnia na dzień.

Właściwie oni bardziej potrzebowali dostępu do Analiticsa niż do Search Console, a najlepiej, to gdyby te dane były połączone – czyli żeby mieć natychmiastowe dane o ruchu i jednocześnie najszybciej, jak się tylko da, informacje o frazach, na które zaczyna performować materiał.

W pracy dziennikarza Search Console może być dobrym narzędziem, ale takim post factum już po kilku dniach. Wynika to z samego faktu, że my nasze działania podejmujemy tu i teraz, największy efekt otrzymujemy zazwyczaj w pracy newsowej jeszcze wtedy, kiedy w Search Console nie mamy danych. Czyli już skończyliśmy trend, artykuł już jest w niebycie, a my dopiero teraz zaczynamy mieć dane w Search Console, więc możemy analizować to tylko post factum.

Search Console w takiej bieżącej pracy nam nie pomoże, ale w analizie tygodniowej czy dwutygodniowej, czy miesięcznej rzeczywiście można wykorzystywać Search Console po to, żeby sprawdzać, które artykuły sprawdziły się najlepiej, które performowały najlepiej, czy na jakie frazy performowały te artykuły, jaka była klikalność.

Można próbować sobie odpowiadać na pytania, robiąc testy tytułów SEO, czyli tworzymy dziesięć różnych wersji tytułu SEO i sprawdzamy, który z nich performuje najlepiej w różnym typie materiałów. Powiedzmy, jeden tytuł SEO w dwudziestu materiałach dziś będzie miał call to action w takiej, a nie innej formie, jutro będzie to inne call to action, pojutrze nasze materiały będą w ogóle bez call to action w tytule SEO, i po dwóch tygodniach robimy sobie podsumowanie za pomocą search console. Sprawdzamy, który rodzaj call to action funkcjonuje najlepiej i w jakim rodzaju materiałów.

Musimy pamiętać o tym, że nasza odwiedzalność z wyszukiwarek to może być tylko procent tego, jak często ludzie wyszukują dany materiał. Często od jakości zdjęcia, od tytułu, zależeć będzie, jak wiele osób kliknie. W pierwszy tytuł w wynikach wyszukiwania może kliknąć tak samo dwa procent osób, jak i 90 procent osób. I często tym tytułem możemy wpłynąć na zwiększenie tego wskaźnika, czyli tak na prawdę jednym tylko malutkim elementem jesteśmy w stanie zwiększyć nasz ruch o 20, 30 czy 40 procent.

Jak optymalizować wideo, żeby było SEO-wo poprawnie?

[Łukasz Rogala] U nas w Polsce jeszcze tego nie widziałem, nie wyszukuję też jakoś dynamicznie wideo, ale te timestamp-y są bardzo ciekawym rozszerzeniem. Dodaje się opis na YouTubie i jest szansa, że się wyświetli w SERP-ach poszczególnych minut, tak, że można sobie przechodzić bezpośrednio. Nie wiem, czy pytanie dotyczy tego, jak osadzać to wideo na stronie, żeby ono pracowało z widocznością całego serwisu, czy żeby wideo z YouTube'a wskakiwało sobie wyżej w SEARP-ach. Bo to są trochę różne zagadnienia.

[Karolina Matyska] Wydaje mi się, że chodzi tutaj o użycie tego wideo na stronie artykułu jednak.

[Grzegorz Strzelec] Z wideo jest jeden problem. W mediach te wewnętrzne wideo często nie są publikowane na YouTubie – są przede wszystkim publikowane na wewnętrznych serwerach. I to przeważnie są serwery CDN tylko dla wideo. One mają specyficzną dla siebie optymalizację, po to, żeby to wideo było na tych serwerach najwydajniejsze.

Pewna dynamika, z jaką serwujemy to wideo na stronach powoduje, że przede wszystkim nie jesteśmy w stanie zastosować w tych materiałach odpowiedniego formatu, który obligatoryjnie wymaga podania od nas adresu URL tego materiału wideo. To powoduje, że w naszych materiałach wideo najczęściej tracimy możliwość jakiejkolwiek optymalizacji.

Jedyną alternatywą w takiej sytuacji jest po prostu równoczesna emisja tych materiałów na YouTubie i embedowanie ich w serwisie. To jest absurdalne i prawie nikt tego nie robi, bo to jest błędne koło – posiadanie własnego serwera po to, żeby publikować na YouTubie i embedować to u siebie.

Natomiast, żeby wykorzystać te aspekty SERP-owe, które wynikają z oznaczenia odpowiednimi danymi semantycznymi wideo, mogą być spełnione tylko i wyłącznie wtedy, kiedy to wideo będzie mogło mieć przypisane konkretny adres URL, zawsze. I wtedy ma szansę, żeby częściej emitować w wynikach wyszukiwania snippet, który będzie zawierał obraz z tym trójkącikiem, który pokazuje, że to jest materiał wideo. Co ewidentnie powoduje, że może nam wzrosnąć CTR.

Czy możliwe jest skuteczne pozycjonowanie serwisów newsowych stosujących hard paywall?

Jaki wpływ na SEO ma stosowanie First Click Free? 

[Grzegorz Strzelec] Ja jeszcze nie widziałem, żeby paywall dobrze przyczynił się do ekspozycji w wynikach wyszukiwania, a przede wszystkim w Google Newsie. Jeszcze nie widziałem takiej sytuacji i to jest zazwyczaj problem. Dlatego musimy umieć postawić karty jasno: albo zarabiamy poprzez paywall i wspierając to troszkę organikiem – bo te artykuły będą się troszeczkę pojawiały, ale na pewno będą miały gorszą ekspozycję niż te, które są w całości dostępne – albo po prostu mamy otwarty model i wtedy stawiamy na SEO, Google News.

W Polsce jest za mało przypadków dobrych, dużych wdrożeń paywalla. Ja widziałem jedno, może dwa wdrożenia paywalla, plus te kilka, które pojawiły się na rynku, które można było obserwować. Nie widziałem żadnego, które by jakoś super performowało po jakimś czasie od wdrożenia.

[Robert Niechciał] Jeżeli stosujemy ten hard paywall, wycinamy część tekstu, Google nie jest w stanie go zaindeksować – to automatycznie jest odpowiedź, co się wydarzy. Będzie po prostu mniej fraz, gorszy performance itd. Ja bym tutaj szukał rozwiązania, stosując jakieś frameworki java scriptowe, których Google do końca nie umie wyrenderować.

Lub tak ograć optymalizację java scriptem, na przykład w react'cie, by Google dostało pełną treść, a użytkownik jwewnątrz tej reaktywnej aplikacji dostał tego paywalla. Ograć to w taki sposób, żeby Google mimo wszystko miało cały tekst, a użytkownik w jakiś sposób dostał paywalla.

[Grzegorz Strzelec] To nie jest tak, że paywall całkowicie wyklucza SEO. To nie tak. Chodzi o to, że będzie gorszy performance. Ciężko zrobić dobre SEO na paywallu.

W jaki sposób Google będzie kształtował branżę dziennikarską w następnych latach?

[Grzegorz Strzelec] Dużo zależy od determinacji ustawodawców w Unii Europejskiej. Kolejne acta, kolejne wdrożenia różnych rozwiązań systemowych, mających zmusić monopolistę do dzielenia się swoimi zyskami, mogą zrobić pewną roszadę na rynku. Dziś, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, Google jest troszeczkę takim wirusem tkanki dziennikarskiej – to trzeba jasno sobie powiedzieć – z tych powodów, o których dzisiaj mówiliśmy.

Zmusza często wydawców do robienia brzydkich, głupich rzeczy, które nijak się mają do dobrego warsztatu. Nie jest to ujma. Rynek po prostu wykorzystuje dostępne narzędzia. Google jest takim narzędziem, więc jest wykorzystywane. Nie wykorzystujesz ty, wykorzystuje ktoś inny i wygrywa rynek. To jest po prostu życie i rynek. Musimy się z tym pogodzić, że tak jest, że wiele mediów nie robi tego, bo bardzo ma na to ochotę, tylko robi to, bo musi, żeby trwać, żeby utrzymać swój poziom przychodów, żeby nie zwalniać i nie redukować swoich zasobów dziennikarskich.

[Karolina Matyska] Ale też rosnąć.

[Grzegorz Strzelec] Ale też rosnąć, tak. Ja jestem za tym, żeby Google kształtowało troszkę lepiej ten rynek dziennikarski, bo ma na niego olbrzymi wpływ. Prawie każdy z nas styka się z newsami głównie poprzez Google'a. Oczywiście mamy media w Polsce, które mają bardzo silne brandy. Mamy Onet, mamy WP, mamy TVN, mamy Gazetę i parę jeszcze innych brandów z silnymi markami, które są odwiedzane też bezpośrednio.

Natomiast dużą część tego tortu stanowi właśnie ruch z wyszukiwarek, często też napędzając siłę brandów. Czyli ludzie odwiedzają poprzez Google'a pewne materiały, potem wchodzą bezpośrednio, utwierdzając się, że brand jest silny. To jest takie myślenie życzeniowe, ale byłbym za tym, żeby Google lepiej poukładało algorytm Google Newsa tak, żeby on równo wszystkim wykluczył możliwość takich działań, jakie są w tym momencie. Czyli wszystkim ucinamy tyle samo, wtedy nikt się nie będzie o to bił.

Bo dziś mamy taki rynek, w którym nikt nie zrezygnuje świadomie z tej przysłowiowej już "niedzieli handlowej". To jest takie moje życzenie. Tak Google mogłoby kształtować rynek dziennikarski. Sądzę, że to się będzie działo, tylko to jest powolny proces. Już mamy pewne zmiany, mamy lepszą konsolę dla wydawców google newsowych, więc podejrzewam, że to jest jakiś tam początek zmian. Mamy parę nowych znaczników, więc to pewnie kwestia czasu, aż ten algorytm się ulepszy.

Dziś jest on taki, że cały czas prostą regułą "użyj mianownika liczby pojedynczej twojej frazy najczęściej jak się da w materiale, a będziesz pierwszy". Potem aktualizuj materiał co godzinę o kolejny akapit, zmieniając mu odrobinę tytuł i datę aktualizacji i znowu będziesz pierwszy. To jest niestety funkcjonujący przepis. Tak to działa.

Niektóre media wykorzystują to z większą premedytacją, niektóre z mniejszą. Tak właśnie Google kształtuje dziś ten rynek dziennikarski w Polsce, zmuszając do robienia rzeczy, na które dziennikarze naprawdę nie mają ochoty i często te procesy są automatyzowane wręcz. Tu by było moje życzenie, żeby Google ukształtował tą branżę tak, żeby nie miała potrzeby robić takie rzeczy. O ile oczywiście, tak jak powiedziałem na początku, nie stanie się coś z naszymi ukochanymi ustawodawcami w garniturach w Brukseli, którzy po prostu wyleją dziecko z kąpielą i na przykład odbiorą całej Europie, czy Unii Europejskiej Google Newsa.

[Łukasz Rogala] Google dąży do tego, żeby zatrzymać użytkownika u siebie, więc ja bym na miejscu wydawców traktował Google'a jako narzędzie do wygenerowania ruchu, ale szukałbym sposobu, żeby go lojalizować i zatrzymywać u siebie. Żeby tak ślepo nie wierzyć w to, że Google jest spoko źródłem, bo Google jest spoko źródłem teraz, a nie wiemy, co się stanie za rok.

Może być tak, że Google będzie brało sobie newsy w stu procentach, kradło content i wrzucało go u siebie, jako artykuły u siebie. Google Articles zrobią sobie, przykładowo. Coś, co zasilamy jako tako, bo my zasilamy wyszukiwarkę, wydawcy ją zasilają, może zostać obrócone przeciwko wydawcom. Raczej patrzyłbym na Google'a jako na narzędzie, jako sposób, żeby pozyskać ruch, ale myślałbym też jak go potem od razu lojalizować.

Bo ja bym się nie zdziwił jak za rok na przykład Google zacznie kraść treści, monetyzować na swój sposób. Kiedyś usłyszałem, że Google to jest taki „frienemy”, że to jest z jednej strony twój friend, ale z drugie strony twój straszny wróg, twój enemy, który wykorzystuje Cię, żeby siebie zmonetyzować suma sumarum. Nie wiem, czy Google ukształtuje rynek wydawniczy i wydawców, w innym kierunku niż żeby okraść nas kiedyś z treści i zmonetyzować na swój sposób. Smutne, ale prawdziwe.

[Grzegorz Strzelec] Jeszcze smutniejsze jest to, że hasło "don't be evil" od dwóch lat nie funkcjonuje już w Google'u jako naczelne hasło. Teraz jest hasło inne, "do the right things". Do the right things, aby zwiększać nasze zyski.

[Robert Niechciał] Zdecydowanie, jako trend długofalowy należy wskazać voice search, który powstaje w Polsce. Na pewno będzie miał duży udział. A voice search jest bardzo mocno skorelowany z algorytmami semantycznymi, które się dzieją w Google od ostatniego półtora roku. W zeszłym roku mieliśmy berta, który zmienia też dogmat NLP do NLU, czyli natural language understanding. To jest kolejny trend, który dziennikarze muszą wziąć pod uwagę, że ten algorytm po prostu będzie się rozwijał, będzie coraz mądrzejszy.

Dlatego też zastosowanie tego, o czym mówiliśmy, czyli semantyki kodu naszej strony, semantyki treści, śródtytułów, pytań, snippetów, tego korpusu języka polskiego i opisywania słowami powiązanymi, bliskimi i tak dalej – spowoduje to, że w tym trendzie my przetrwamy. Zobaczcie, na przestrzeni półtora roku były sytuacje, w których serwis przy algorytmie tej klasy tracił widoczność, mijały trzy miesiące i on wracał. Nie robiąc w międzyczasie nic.

Co było robione? Po prostu ta treść, powiązania, semantyka były przeliczane – znikało na jakiś czas i wracało. Jeżeli będziemy przygotowani na to i wyszukiwarce wskażemy bezpośrednio perfekcyjny, algorytmiczny sposób... Poetyka dziennikarska, to jest jedno, a algorytmy to jest matematyka już w tym momencie i zależności.

Drugie to, że w dłuższym terminie, jeżeli uznamy, że tak jest – a tak jest, a nie tylko wymyślam – to w dłuższym terminie te treści przetrwają. Jeżeli nie, to możemy się narazić na takie sytuacje jak na przykład miała kobieta.onet.pl. Było cudownie, nagle spadło i po jakimś czasie wróciło. A w tak zwanym międzyczasie wiele miesięcy nie ma ruchu.

[Karolina Matyska] Google też się uczy i trochę zmienia zdanie w międzyczasie.

[Łukasz Rogala] Jeżeli się testują, to my jesteśmy niestety w tym koszyku testowym i się nami po prostu przerzuca.

[Robert Niechciał] No właśnie, ale jeżeli o tym wiemy, w jakiś sposób jesteśmy w stanie się na to przygotować, albo chociaż odrobinę Google'owi podpowiedzieć i temu nowemu NLU, to to jest kierunek.

Dziś coraz trudniej znaleźć firmę, która nie miałaby swojej strony internetowej. Sama strona przeważnie nie jest jednak w stanie zrealizować ważnych celów biznesowych: od uświadomienia klientów o istnieniu marki, przez szerzenie eksperckiej wiedzy i zbieranie kontaktów, aż po wsparcie sprzedaży. We wszystkim tym świetnie za to sprawdzi się podpięty pod stronę blog firmowy.

I choć właśnie napomknąłem, co takiego pożytecznego jest w firmowym blogu, pomedytujmy nad tym pytaniem chwilę dłużej. W następnym kroku przejdziemy do konkretnych wskazówek, jak takiego bloga prowadzić.

Po co tworzyć bloga firmowego?

Wielu właścicieli firm może się zastanawiać: czy potrzebuję na swojej stronie dobrych treści? I dylemat się nakręca, bo z jednej strony słyszałem, że warto mieć bloga, a z drugiej – przecież jest to koszt. Nie lepiej byłoby odpuścić sprawę?

Niech za odpowiedź posłużą statystyki:

No dobrze. Fajne dane, ale tak poza tym, to po co mieć bloga? Już mówię. Dzięki blogowi:

po co mieć firmowego bloga

Na co się skazujesz, nie mając firmowego bloga?

Skoro już ustaliliśmy, co daje prowadzenie firmowego bloga, zastanówmy się, jaka jest konsekwencja nie prowadzenia go. Jakie mogą być losy firmy, która nie ma bloga – a zarazem działa w otoczeniu biznesów, które jeden za drugim stawiają na taką formę promocji?

Samo to pytanie już sugeruje odpowiedź. Twoja konkurencja, nawet jeśli dziś nie ma bloga, jutro może go mieć. I pół roku później okaże się, że notuje więcej wejść z Google niż Ty, tym samym notując transakcje sprzedażowe, które mogłyby należeć do Ciebie. Pozycja w wynikach wyszukiwania ma duże znaczenie dla sprzedaży - ponieważ im wyższa, tym więcej osób wejdzie na stronę i dokona zakupu.

Czy blog jest odpowiednim narzędziem dla mojej firmy?

Jest oczywiście sporo biznesów, które działają wyłącznie offline, a stronę internetową mają głównie po to, by znajdował się tam numer telefonu i adres siedziby. Kiedy jednak firmie zależy na większej liczbie odwiedzin na stronie, powinna mieć bloga firmowego. To jeden z najlepszych sposobów zdobywania ruchu z Google, zwłaszcza kiedy działamy na silnie konkurencyjnym rynku.

I wbrew pozorom dotyczy to nie tylko sklepów internetowych czy firm, które dopiero walczą o rozpoznawalność. Istniejąca od dobrze ponad stu lat Coca-Cola dalej reklamuje się na billboardach i wypuszcza w świat swoje świąteczne ciężarówki, mimo że jest w czołówce najlepiej rozpoznawalnych marek świata. Zabieganie o większą rozpoznawalność i okupowanie kawałka świadomości konsumentów to proces, który nie ma końca.

Przykłady firmowych blogów

Lidl jest klasycznym przykładem biznesu działającego głównie poza internetem. A jednak Kuchnia Lidla to jeden z najlepszych przykładów na to, jak dobrze prowadzić firmowego bloga.

Blog firmowy - Kuchnia Lidla
Screenshot ze strony głównej bloga Kuchnia Lidla

Blog firmowy Lidla nie jest sklepem – to „niewinne” miejsce ze świetnymi przepisami kuchni z całego świata, a sklep z akcesoriami kuchennymi znajduje się pod innym adresem. Sieciówka zyskuje na blogu, między innymi informując odwiedzających o promocjach trwających w sklepie i dając możliwość zapisu na newslettera. No i buduje pozytywne skojarzenia związane z marką, wartość, którą trudno policzyć.

Firma eventowa Exclusive Event prowadzi bloga, na którym dostarcza sporo wiedzy np. dotyczącej organizacji gali jubileuszowej, bankietu tematycznego, wigilii firmowej czy tego, jak będzie wyglądała przyszłość branży eventowej. Między innymi dzięki takim działaniom contentowym ich strona okupuje topowe pozycje w Google na takie hasła, jak „agencja eventowa” czy „eventy firmowe”.

Blog firmowy exclusive event
Screenshot z bloga firmowego Exclusive Events

Consido, firma zajmująca się aranżacją i wyposażeniem wnętrz, na firmowym blogu pisze między innymi o feng shui w biurze, urządzaniu gabinetu szefa czy aranżacji kawiarni. I jak widać na poniższej analizie, służy im to całkiem nieźle:

Blog firmowy. Po co go mieć i jak go prowadzić? 49

To fragment raportu z Analizy widoczności Senuto. Widać kilka fraz, na jakie strona wyświetla się wysoko w Google. Łącznie fraz, na jakie Consido widoczna jest na pierwszej stronie Google, jest około 150. Duża część tego to zasługa dobrze prowadzonego bloga.

Blog jest świetnym pomysłem również dla wszystkich biznesów typu SaaS (software as a service, czyli oprogramowanie jako usługa). Przykładem takiego biznesu jest Senuto, a Ty właśnie czytasz firmowego bloga.

Jako generalną zasadę można przyjąć, że im bardziej model firmy opiera się na działalności internetowej, tym większy sens, by wspierać ją blogiem. Zatem mimo iż biznesy stacjonarne jak najbardziej mogą i w wielu przypadkach powinny prowadzić bloga, tak sektora e-commerce dotyczy to w szczególności. Zostawię w tym miejscu link do strony, z której można ściągnąć naszego ebooka „Content marketing i SEO w e-commerce” – niech będzie na później, a teraz przejdźmy do kwestii zasadniczej.

Jak prowadzić firmowego bloga

Podstawą w prowadzeniu bloga – firmowego czy osobistego – jest regularne publikowanie treści. Tylko co to znaczy? Regularne, czyli jak często? Jak dużo treści trzeba tworzyć? Intuicja może podpowiadać, że jak najwięcej. Pewnie najlepiej byłoby publikować codziennie, zgadza się? No... nie. Wcale niekoniecznie.

Być może publikowanie codziennie przyniosłoby jakiś efekt, jeśli chodzi o budowanie społeczności wokół bloga i firmy. Subskrybenci i fani w mediach społecznościowych każdego dnia dostawaliby link do nowego artykułu na stronie. Część pewnie potraktowałaby to jako natręctwo i wypisałaby się z listy, ale też część mogłaby się stać wiernymi odwiedzającymi – zwłaszcza, kiedy wpisy precyzyjnie odpowiadałyby na ich potrzebę informacyjną.

Jeśli jednak chodzi o budowanie ruchu na stronie (a większy ruch, to większa szansa na sprzedaż), wcale nie trzeba publikować nie wiadomo ile materiałów i nie wiadomo jak często. Tu zdecydowanie bardziej liczy się jakość. Jakość merytoryczna, owszem, to ważna kwestia – żeby nie pisać bubli o jałowej treści. Z biznesowego punktu widzenia, mówimy jednak przede wszystkim o jakości pod kątem SEO.

O czym pisać na firmowym blogu

Można stworzyć całą tonę treści, które zginą w czeluściach Google i będą widoczne głównie dla tych, którzy klikną w zakładkę „blog” na stronie firmy. Czyli ich przydatność dla biznesu będzie znikoma.

Albo można stworzyć treści, które od początku będą tak zaprojektowane, by powalczyć o wysokie pozycje w wynikach wyszukiwania Google na konkretne frazy kluczowe.

Na przykład: dla Senuto trzonem biznesu jest SEO i wszystko, co tego tematu dotyczy. Dlatego jedną z funkcji firmowego bloga jest pokrywać frazy kluczowe związane z SEO i w efekcie – pokazywać się na pierwszych pozycjach w wynikach wyszukiwania, gdy klient wpisze w Google na przykład:

i tak dalej. Artykuły, które zostały napisane z myślą o tych frazach kluczowych, początkowo znajdowały się w odległych zakamarkach Google, do których nikt nie zagląda. Z czasem jednak ich pozycja rosła i tak oto dzisiaj każdy z nich zajmuje w wyszukiwarce pozycję 1-5 na daną frazę.

Blog firmowy. Po co go mieć i jak go prowadzić? 50
Taki raport można wygenerować, korzystając z modułu Monitoring w aplikacji Senuto

Od początku nie chodziło o zalanie internetu jak największą ilością tekstów, byle jakich, byle o tematyce SEO. To, ile tekstów trzeba napisać na bloga, jest zależne od liczby fraz, na które chcemy wybić się w Google. I powracamy do wątku jakości tekstów pod kątem SEO.

Trzymając się powyższych przykładów: jeśli chcę zaistnieć na frazę „pozycjonowanie bloga”, to piszę jeden tekst, który dotyczy dokładnie tego tematu. Im bardziej kompleksowy, tym lepiej. Powinien odpowiadać na najczęstsze pytania, jakie ludzie wpisują w Google w związku z hasłem „pozycjonowanie bloga”, a także zawierać jak najwięcej słów zależnych i odpowiednio często użytą frazę główną (czyli właśnie „pozycjonowanie bloga”).

Dodatkowo ważne są:

Ostatniemu punktowi warto poświęcić nieco więcej uwagi. Istotnym elementem pozycjonowania jest tworzenie odnośników do stron, czyli tzw. link building. Artykuł o pozycjonowaniu bloga ma tym większe szanse pojawić się wyżej w Google, im więcej stron do niego linkuje.

Zewnętrzne źródła są jak najbardziej wskazane – dlatego częstą praktyką wśród firm jest pozyskiwanie linków na przykład od blogerów, którzy mogą w swoim artykule wymienić naszą markę i zastosować odnośnik, czy to do jednej z naszych stron produktowych, czy właśnie do bloga. Ale poza odnośnikami z zewnętrznych źródeł, ważne są też linki wewnętrzne, czyli pochodzące z innych miejsc na naszej stronie.

Aby zatem nasz artykuł „Pozycjonowanie bloga – sprawdź, jak się do tego zabrać” lepiej się pozycjonował, trzeba stworzyć od niego odnośniki. Jeśli w innym tekście na firmowym blogu pojawia się fraza „pozycjonowanie bloga” lub pokrewna, zaznaczamy ją, aby linkowała do wiadomego tekstu.

Piszę o tym, żeby zwrócić uwagę na ważną rzecz: choć pod daną frazę kluczową tworzymy tylko jeden tekst, to prowadzić do niego powinny również linki z innych artykułów. W taki sposób tworzy nam się swego rodzaju siatka powiązanych tematycznie artykułów i dla Google jest to sygnał, że prawdopodobnie jesteśmy ekspertami w temacie (zapoznaj się z koncepcją topical authority). Tak więc tym bardziej warto pokazywać naszą stronę wyżej.

Z tego powodu firmy latami tworzą i rozwijają blogi, pokrywając coraz bardziej niszowe frazy kluczowe, linkując od jednego tekstu do drugiego, wymyślając nowe tematy i uzupełniając stare. Na firmowego bloga trzeba patrzeć jak na długofalowy projekt, który może (i prawdopodobnie powinien) być prowadzony tak długo, jak długo istnieje sama firma.

Jak wybrać frazę kluczową?

W wyborze fraz kluczowych pomogą Ci moduły Analiza widoczności oraz Baza słów kluczowych w aplikacji Senuto. Dzięki pierwszemu sprawdzisz, na jakie frazy już teraz widoczna jest strona i które z nich warto wzmocnić, by wskoczyły z drugiej strony wyników wyszukiwania na pierwszą (to tak zwane quick wins, poczytaj o tym).

Z kolei Baza słów kluczowych pomoże Ci zbudować własną listę fraz, w oparciu o ich wolumen wyszukiwań w Google. Dodatkowo poznasz słowa zależne, powiązane z Twoją frazą, a także pytania, jakie w związku z nią ludzie wpisują w wyszukiwarkę. To wszystko surowy materiał pod Twój artykuł.

Jeśli prowadzisz sklep, warto w pierwszej kolejności skupić się na frazach związanych z kategoriami produktów lub z konkretnymi produktami, które oferujesz. Sezonowość fraz też ma pewne znaczenie – ludzie zdecydowanie częściej szukają mebli ogrodowych w lipcu niż w styczniu. Trzeba mieć też na uwadze, by nie dopuścić do kanibalizacji słów kluczowych. Dotyczy to w szczególności sklepów internetowych – tu frazy kluczowe najpewniej będą powiązane z kategoriami lub produktami, dlatego “podpinanie” dodatkowo artykułów pod te frazy doprowadzi do kanibalizacji.

Zobrazujmy to na przykładzie.

Sklep zoologiczny ma w ofercie legowiska dla psa i to jest jego fraza kluczowa – w związku z tym artykuł na firmowego bloga powinien dotyczyć innej frazy kluczowej, na przykład legowiska dla labradora, dla maltańczyka czy dla małego psa (przy założeniu, że sklep nie ma takich podkategorii!). Wtedy konkretnym pomysłem na artykuł może być „Legowisko dla labradora – jak wybrać najlepsze? Sprawdź nasz ranking”. Oczywiście w środku pojawiają się linki do konkretnych produktów. W końcu blog firmowy ma wspierać biznes.

Ale artykuły produktowe to nie jedyny rodzaj treści, jakie możemy tworzyć w ramach firmowego bloga. Inne pomysły to:

Szerzej na ten temat pisała Agata Chmielewska w tekście „O czym pisać na blogu e-commerce”.

Blog firmowy - Kubota
Na przykład marka Kubota opisała na blogu swoją historię. Powstały na ten temat aż trzy artykuły.

Mnóstwo inspiracji znajdziesz też w artykułach:

Planowanie contentu jako usługa

Powyższe informacje będą bardzo pomocne w zaplanowaniu i zaprojektowaniu treści na bloga, które na przestrzeni kilku miesięcy zauważalnie zwiększą liczbę wejść na stronę z Google (to tzw. ruch organiczny). Proces planowania wymaga jednak sporo determinacji i czasu. Co zrobić w przypadku, gdy:

  1. Masz do zaplanowania mnóstwo treści?
  2. Chcesz zaplanować je szybko i kompleksowo, unikając przy tym błędów?
  3. Nie masz na pokładzie osoby, która jest zaznajomiona z zagadnieniami content marketingu i SEO?
Możemy Ci w tym pomóc, planując kompleksowe treści dla Twojego serwisu zgodnie z koncepcją topical authority. Zrobimy to w oparciu o autorskie algorytmy Senuto, dzięki czemu dostaniesz gotowe plany artykułów na swojego bloga firmowego.
Dzięki naszym planom treści witryna Urban.One zyskała 934% więcej fraz w TOP10 wyników wyszukiwania Google, zaledwie w ciągu 20 miesięcy.
 
Jeśli chcesz samodzielnie planować content – sukces jak najbardziej jest możliwy, przy wgryzieniu się w temat i poświęceniu mu odpowiedniej ilości czasu. Jeśli jednak z różnych powodów wolisz zlecić tę robotę Senuto, sprawdź ofertę i daj nam znać.
 

Tymczasem pomówmy o kolejnych istotnych kwestiach, jakie wiążą się z prowadzeniem firmowego bloga.

Lejek sprzedażowy i dodatkowe narzędzia

Lejek sprzedażowy to koncepcja marketingowa, która zakłada, że klient przechodzi pewną drogę: od zwrócenia uwagi na potrzebę/produkt (góra lejka), przez poszukiwanie informacji na temat możliwości zakupowych, po podjęcie decyzji i dokonanie zakupu (dół lejka). Następnie wchodzi w fazę pozakupową, w której użytkuje produkt, a także, być może, rozważa zakup kolejnego (np. nowszego modelu smartfona, po roku użytkowania bieżącego).

Blog uważany jest za narzędzie z góry lejka sprzedażowego – mające na celu przede wszystkim zwrócić uwagę klienta na markę bądź produkt. Ktoś szuka w internecie odpowiedzi na pytanie „jakie legowisko wybrać dla labradora” i trafia na blog internetowego sklepu zoologicznego. Dostaje informacje, których szukał, oraz propozycje kilku produktów. Tak oto znalazł się w lejku sprzedażowym.

lejek sprzedażowy
Lejek sprzedażowy

Choć funkcja bloga może zakończyć się na pobudzeniu świadomości potencjalnego klienta, może też być znacznie szersza i ostatecznie doprowadzić do transakcji. Nie musi się to stać przy pierwszej wizycie tego klienta na stronie. Decyzja zakupowa nieraz rodzi się w głowie całymi dniami czy nawet miesiącami. Jeśli blog jest dobrze pomyślany i zawiera atrakcyjne treści, posłuży czytelnikowi podczas całej jego „podróży klienta” (customer journey). Da mu powody, aby wracać i uzupełniać informacje, których potrzebuje do podjęcia decyzji.

W ten sposób klient przechodzi do kolejnych faz, z których końcową jest transakcja. Prowadzenie go od jednej do drugiej jest pewną sztuką, a w grę wchodzą tutaj nie tylko same treści (różne słowa kluczowe będą odpowiadały innym etapom podróży klienta), ale również dodatkowe narzędzia marketingowe – na przykład okienko zapisu do newslettera. Dzięki temu, że klient podał nam swoje dane i adres mailowy, możemy pozostać z nim w kontakcie. Czasem podesłać mu link do nowego artykułu na blogu, innym razem spersonalizowaną ofertę. W ten sposób kierujemy go w dół lejka marketingowego.

Dodatkowe wskazówki dla Ciebie:

Jak prowadzić firmowego bloga - podsumowanie

blog firmowy - infografika

Jak pozycjonować się za granicą, czyli SEO międzynarodowe – taki był temat AMA (ask me anything, zapytaj o cokolwiek), w którym udział wzięli specjaliści i praktycy SEO: Robert Niechciał, Mateusz Dela i Maciej Chmurkowski, a także Damian Sałkowski z Senuto.

Doświadczeni w pozycjonowaniu stron na rynki zagraniczne – między innymi Norwegię, Niemcy, Wielką Brytanię, Litwę, Łotwę – mogli odpowiedzieć na wiele pytań związanych z międzynarodowym SEO. Dowiesz się m.in.: jak wygląda pozyskiwanie linków i contentu za granicą? W których krajach pozycjonować jest łatwo, a w których trudno? Jakie są różnice w cenach? Jak wypozycjonować stronę na kilka rynków równocześnie i rozwiązywać problemy z domenami? Jak poradzić sobie z różnicami w wersjach językowych stron?

Poniżej znajduje się nagranie webinaru, a także wygodna wersja tekstowa.

Mam firmę, która początkowo działała w Polsce, jednak z czasem jej zasięg rozszerzył się na inne kraje. Jak pozycjonować stronę równolegle na kilka rynków?

[Maciej Chmurkowski]: Jeżeli dotychczasowa strona była na domenie .pl, to ja bym się zastanowił nad dwiema opcjami. Pierwsza: migracja na domenę międzynarodową i przerzucenie treści alternatywnych na dany język na katalogi. Druga: zrobienie osobno każdej domeny na kraj. Natomiast druga opcja jest dużo bardziej kosztowna, pracochłonna, trzeba by było wtedy promować każdą domenę z osobna. Jeżeli kupujemy domenę, to potrzebujemy trochę czasu, żeby ją rozruszać, więc ja bym jednak migrował na domenę międzynarodową.

[Mateusz Dela]: Ja jestem bardziej za opcją drugą, czyli rozdzieleniem każdego rynku na osobną domenę, z tego względu, że mamy większą kontrolę nad linkami, nad tym, co się dzieje i jak każda domena rankuje. I to są takie niezależne środowiska, dzięki czemu jesteśmy w stanie wiedzieć, dlaczego coś poszło w górę, a coś w dół. Jest to o wiele bardziej kosztowna zabawa, niemniej ja jestem zawsze za opcją numer dwa.

[Robert Niechciał]: Co znaczy "domena międzynarodowa"? Domeny .com, .eu, .info, .net i tak dalej, są to domeny, które możemy dopisywać do każdego rodzaju kraju.

Są trzy typy: gTLD, czyli generic TLD – taka, która jest możliwa do lokalizacji w każdym kraju; ccTLD, czyli country code TLD, to są domeny na przykład .pl i z dużą pewnością jesteśmy w stanie tę domenę pozycjonować skutecznie tylko w Polsce.

AMA: SEO międzynarodowe 51

Mi się raz w życiu udało domenę z rozszerzeniem .pl wypozycjonować w Niemczech. Trzeci rodzaj to domeny, które nazywają się gccTLD, czyli stanowią mix powyższych dwóch – i są to domeny na przykład .tv, .io, .co. Domeny te przynależą do jakiegoś kraju, tak jak .co do Kolumbii, ale w związku ze swoją nazwą jest to domena, która jest możliwa do dopasowania do każdego innego.

Tak więc odpowiadając na to pytanie, jeśli domena międzynarodowa jest zajęta, możemy szukać w tych rozszerzeniach gccTLD. Nawet na Wikipedii jest spis. Są to domeny na przykład: .io, .co, .tv, .fm i tutaj możemy poszukiwać domen, które pozwolą nam skalować za granicą. Ja jestem zwolennikiem tego, by działania międzynarodowe prowadzić w objęciu jednej domeny.

[Maciej Chmurkowski]: Trzeba patrzeć na to, jak będą dalej wyglądały działania tej firmy. Jeżeli ona chce robić ekspansję na naprawdę dużo rynków, to wygodniej będzie z jedną domeną, bo jest łatwo dopisać katalog po prostu i zrobić tłumaczenie – i już wykorzystujemy linki wewnętrzne i moc tej głównej domeny. Jest jeszcze drugi problem związany z osobnymi domenami na każdy kraj. Nie na każdy kraj jesteśmy w stanie zarejestrować domenę, bądź jest to bardzo drogie rozwiązanie. Wszystko zależy więc od tego, jak duża to ma być ekspansja.

Jeżeli mamy sytuację, w której działaliśmy do tej pory na jednym rynku i teraz przenosimy się na wiele rynków i na inną domenę, to jaki czas jest potrzebny, żeby Google załapał tę domenę globalną?

[Maciej Chmurkowski]: Ja bym w ogóle nie robił trzysta jedynki, tylko zrobiłbym canonical. Z naszych testów wynika, że taki canonical łapie mniej więcej po miesiącu, dwóch. Wtedy przychodzi już cała moc.

[Damian Sałkowski]: Bezstratnie?

[Maciej Chmurkowski]: Bezstratnie i dajemy później, po paru miesiącach, przekierowanie 301. Ta praktyka jest sprawdzona i moim zdaniem w stu procentach bezpieczna.

Zapisz się do newslettera Senuto! Świeże materiały z bloga wprost na Twoją skrzynkę:


[Robert Niechciał]: Canonical jest o tyle dobry, że zachowujemy starą strukturę i Google potrafi ją przeindeksować. To jest wyższość tej techniki, bo na starej domenie można sobie crawlować stare podstrony, łapać canonicala, przenosić do nowej i wtedy po czasie robimy sobie 301. Robimy to również stosując od razu 301 do domeny międzynarodowej. To funkcjonowało i trwało mniej więcej dwa do trzech miesięcy zanim ta cała moc, te wszystkie linki zostały przeniesione do domeny docelowej.

Czy wystarczy zawartość strony przetłumaczyć na język i u góry wkleić małą flagę kraju jako wybór języka, żeby zacząć gromadzić stamtąd klientów?

Innymi słowy, czy wystarczy przetłumaczyć polskie treści na przykład na angielskie i podlinkować angielską wersję strony?

[Maciej Chmurkowski] Oprócz tłumaczenia trzeba by było też zrobić odpowiednią strukturę hreflangów, w zależności od tego, jakie mamy języki. Hreflang to jest specjalny kod, który jest umieszczony w head dokumencie. Zawiera odpowiednie odnośniki do danych stron językowych z podaniem kodu ISO. Zatem odpowiadając: nie, nie wystarczy. Ja bym nie robił też wybieranej z selecta flagi. Wykorzystałbym linkowanie wewnętrzne, czyli flaga jako ahrefka.

[Mateusz Dela] Według mnie samo tłumaczenie treści nie wystarczy. Często są tłumaczone polskie treści – na moim przykładzie – na rynek niemiecki. Niekoniecznie ma to zastosowanie z tego względu, że te treści przetłumaczone dla rodowitego Niemca nie są naturalne, więc ja bym tutaj kładł nacisk bardziej na to, żeby te treści były napisane od zera przez native’a. A jeżeli chodzi o same flagi, przeklikiwanie się, to ja bym wolał to zrobić na zasadzie zwykłego ahrefa, czyli linka.

W startupie, w którym pracowaliśmy, zrobiliśmy to na tej zasadzie, że jeżeli jesteś na konkretnej podstronie i wybierasz flagę, to masz jeden do jednego odzwierciedlenie landinga w innym języku. Bo duże serwisy często po prostu robią tak, że jeżeli jesteś na polskiej wersji i chcesz się przełączyć na niemiecką, to mimo że jesteś na podstronie XYZ, to to przekierowanie – czy ten link – kieruje do strony głównej, a nie jeden do jednego do landinga w innym języku.

[Robert Niechciał] Ja tutaj byłbym bardzo ostrożny, jeśli chodzi o takie tłumaczenie jeden-jeden. Widzę dwa zagrożenia. Pierwsze, w warstwie technicznej, że możemy sobie stworzyć, dajmy na to, angielską wersję strony, która będzie rankowała w Polsce. Spotykałem się z takimi przypadkiem, że strona technicznie była źle zoptymalizowana i w Stanach Zjednoczonych nie było żadnej frazy, w Anglii tym bardziej nie było żadnej frazy – a te frazy angielskie rankowały tylko w Polsce. To jest pierwsze zagrożenie. Drugie zagrożenie jest takie, że tłumacząc jeden do jeden zrobimy sobie kalkę językową i to, co ma sens w Polsce, niekoniecznie będzie miało sens na przykład w Anglii.

Tutaj przykład – w Stanach będziemy szukać order food albo food delivery, a w Anglii będziemy szukać food take-away. Wpadając w pułapkę kalki językowej możemy nie dopasować fraz, które są na danym rynku. W Hiszpanii szukamy prestamos personales, czyli kredyty gotówkowe, a w Meksyku taka fraza niekoniecznie ma sens. Tłumacząc jeden do jeden wpadamy na przykład w potencjał siedemset wyszukań, a kiedy zrobimy analizę i dopasujemy tłumaczenia do frazy prestamos en linea, które ma trzydzieści osiem tysięcy wyszukań w Meksyku, to wtedy ma to większy sens.

Jak wygląda pozyskiwanie linków za granicą?

[Mateusz Dela] Z pozyskiwaniem linków na rynkach niemieckojęzycznych, czyli w Niemczech, ale też Austrii i Szwajcarii, jest zupełnie inaczej niż w Polsce. Nie tworzy się napów, nie buduje się zaplecz, nie pozyskuje się linków z katalogów. Jeżeli chodzi o rynek niemiecki, to w większości to są artykuły sponsorowane, artykuły gościnne.

No i też marketing szeptany, który wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce – fora nie są tak zaspamowane jak w Polsce, gdzie ktoś zakłada temat i jest sto postów, z czego dziewięćdziesiąt pięć to są jednozdaniowce z linkiem wychodzącym do strony klienta. Rynki niemieckojęzyczne, to przede wszystkim artykuły sponsorowane plus odrobina marketingu szeptanego.

[Robert Niechciał] Ja mam takie podejście do linków, że głównie staram się skalować PBN-ami i na każdym rynku jest to możliwe. Plus to, że linki między krajami działają. Zakładając podejście, w którym skalujemy się w obrębie jednej domeny, dostajemy automatycznie legitymację do tego, że pozyskujemy link w Wielkiej Brytanii, do katalogu w Wielkiej Brytanii w naszej strukturze, a ta Wielka Brytania wypuszcza nam Niemcy – i na odwrót. Oczywiście na każdym z rynków istnieją te same metody, które są dostępne w Polsce, czyli guest posty, sponsorowane linki – z taką różnicą, że nie ma platform albo jest ich bardzo mało.

Przeczytaj też: Pozycjonowanie na rynek UK - jak się do tego zabrać?

Także wszystko to, co zadziała nam w Polsce, jest przetestowane, że zadziała za granicą. To jest też przewaga tej struktury katalogowej, opartej na hreflangach, że jeden kraj może wypychać drugi kraj. Tutaj czuję metodę do lewarowania wyników krajami tanimi w krajach drogich.

[Maciej Chmurkowski] Moim zdaniem jest przede wszystkim dużo drożej. Jeżeli planujemy budżet na linki na Polskę, to trzeba się przyzwyczaić do tego, że to są dużo większe liczby. I tutaj nie mówię tylko o artykułach sponsorowanych. Jeżeli działamy na PBN-ach własnych, więc wykupujemy ekspirki, wykupujemy domeny aukcyjne – to wykupienie domen na takich dość egzotycznych krajach, typu na przykład Chorwacja, czy nawet Rumunia, często może być drogie.

Jedna domena kosztuje w Chorwacji .hr 400 złotych rocznie. Z tego co pamiętam Rumunia 150, więc jeżeli idziemy w skalę, te koszty są dużo wyższe niż w Polsce. I tak jest z praktycznie każdym TLD-kiem na dany kraj. Więc to linkowanie, nawet z PBN-ów, jest dużo droższe.

W Polsce średni koszt linka wynosi dwieście pięćdziesiąt złotych za publikację – jak to jest w Niemczech?

[Mateusz Dela] Dosyć prosto, czyli liczba zostaje ta sama, tylko walutę zmieniamy na euro. Według moich obserwacji, jeżeli w Polsce faktycznie link kosztuje 200-300 złotych za publikację, powiedzmy na takiej średniej jakości stronie czy mało popularnym blogu, to myślę, że w tej samej wartości, czyli za 250-300 euro możemy znaleźć miejsce, gdzie możemy opublikować artykuł sponsorowany w Niemczech.

[Damian Sałkowski/Senuto] Padł przykład Rumunii, gdzie udało się dosyć tanio kupować, ale były też przykłady drogie.

[Robert Niechciał] Faktycznie w Rumunii pozyskanie linka, który znajdował się w kategorii telewizji klasy TVN, jest to koszt rzędu 120-130, może 150 euro, a jest to jedna z największych telewizji w tym kraju. W Polsce nie wiem, czy to jest możliwe w ogóle. Jeśli to jest możliwe, to na pewno nie w kwocie 130 euro. Jeśli chodzi o rynek brytyjski wszystkie linki, jakie kupowałem, były zawsze na poziomie 100-150 funtów.

Jeśli chodzi o przechwytywanie domen czy drop catch, którym się obecnie zajmuję, tutaj koszt rejestracji domeny są to koszty od 3-4 euro do powiedzmy 10 euro za domenę. I na co warto zwrócić uwagę, że w krajach, nawijmy to, egzotycznych, które są w Europie, typu Chorwacja, rynek drop catchingowy nie istnieje. Ja się śmieję, że to jest charakterystyczne dla wszystkich krajów, w których a) jest Erasmus do trzydziestego roku życia, b) jest sjesta. Tam drop catch nie istnieje i tam można przechwytywać domeny o niesamowitej mocy, właśnie na poziomie rejestracji 3-10 euro. Ja jestem obecnie w tym miejscu, a kupowanie guest postów za wysokie setki euro już odrzuciłem.

[Damian Sałkowski/Senuto] Wyjaśnienie dla tych, którzy może nie są tak bardzo zorientowani: PBN to private blog network. To jest sieć własnych blogów czy własnych stron, nad którymi mamy pełną kontrolę. Ekspirki to są domeny, które wygasły, a ktoś ich nie przedłużył i my je w związku z tym przechwytujemy. Drop catching to też jest przechwytywanie domen, ale na poziomie rejestratora. Czyli masz umowę z rejestratorem i jesteś w stanie szybciej przechwycić domenę niż ktokolwiek inny.

Jaki jest koszt ekspirek na aukcjach?

[Maciej Chmurkowski] Na aukcjach to już jest kosmos, bo zdarzało się nam kupić domeny i po dwa tysiące dolarów na przykład. Ale to już, powiedzmy, na takie "zaplecze premium". Powracając do tematu Chorwacji: te domeny, które są do kupienia po te 400 złotych, one leżą, one są do wzięcia, one mają fantastyczne linki – i tak naprawdę nawet nie trzeba przechwytywać tych domen, które teraz spadają, tylko wystarczy dobrze poszukać. Tych domen jest mnóstwo. Im droższa domena, tym ich jest więcej.

I jeszcze by uświadomić, jaki jest koszt pokrycia każdą stroną na dedykowanej domenie językowej, to my to kiedyś zrobiliśmy, kupiliśmy prawie wszystkie możliwe domeny w Europie – był to koszt 5000 złotych rocznie. Można znaleźć lokalną firmę, która dla nas to zarejestruje i wtedy też te koszta rosną. Także 5000 to jest spory wydatek roczny na pokrycie domeny – jest to koszt rejestracji i przedłużenia. Zazwyczaj w kwestii cenników jest inaczej niż w Polsce, gdzie się rejestruje domenę za dziesięć złotych, a przedłuża za sto. Zazwyczaj i rejestracja, i przedłużenie jest w podobnej cenie.

Czy jeżeli moja strona działa w kilku krajach, które używają tego samego języka, na przykład USA i Wielka Brytania, czy Hiszpania i kraje Ameryki Południowej, to wystarczy mieć jedną wersję contentu, czy pomimo tego samego języka muszę przygotować inne treści dla każdego kraju?

[Robert Niechciał] Ja mam taką praktykę, w której szykuję dla każdego kraju osobne treści i jest to osobno optymalizowane, ze względu na te kalki językowe, o których wcześniej wspomniałem. Bo w jednym kraju funkcjonują inne frazy, a w drugim funkcjonują inne, mimo że te kraje posługują się tym samym językiem. Takie przykład Meksyk, Argentyna i Hiszpania. Niby ten sam język, a frazy zupełnie różne.

Także stworzenie jednej wersji językowej, dajmy na to jednego podkatalogu dla danego kraju nie załatwia sprawy. Do tego jest takie narzędzie w Search Consoli jak kierowanie międzynarodowe. I tam można określić, w jakim kraju są odbiorcy danej podstrony, nawet w podkatalogu można to określić w ten sposób. To narzędzie działa bardzo dobrze, dobrze przykleja podstronę do danego kraju, tyle tylko że można wybrać jeden. Dlatego ja osobiście preferuję, by każdy kraj był pokryty osobnym katalogiem, osobną wersją.

Do tego każdy kraj będzie miał inną semantykę, inne wolumeny roku i to taki podział spowoduje, że jesteś w stanie się optymalizować skuteczniej. Jeżeli będziemy liczyć na to, że napiszemy stronę po angielsku, będziemy się targetować albo nie, i będziemy oczekiwać, że ona będzie się dobrze pozycjonować w Wielkiej Brytanii, w Stanach i jeszcze dajmy na to w Australii, no to po pół roku dojdziemy do wniosku, że nic z tego nie będzie.

[Mateusz Dela] W przypadku niemieckojęzycznych krajów, to taką dobrą praktyką , którą stosują właśnie niemieckie agencje i ja też, jest przygotowywanie treści pod rynek niemiecki, bo to jest kraj, który ma osiemdziesiąt milionów mieszkańców i jest drugim największym e-commerce’owym marketem w Europie. Więc keyword research jest robiony głównie pod rynek niemiecki. Porównuje się Austriacki i Szwajcarski i pod to treść, która jest napisana na rynku niemieckim dostosowuje się pod konkretny kraj. Często, gęsto jest tak, że ta treść musi być sto procent inna, muszą być inne nagłówki, inne title i inne słowa kluczowe, żeby to po prostu wszystko zagrało pod kątem ilości wyszukiwań.

[Maciej Chmurkowski] U nas też tak zauważyliśmy, że nawet drobne różnice językowe mogą wywołać różnice w konwersji i to znaczną, dlatego jednak na każdy kraj osobno próbowalibyśmy zrobić treści. Poza tym ciężko jest zrobić tę samą stronę na kilka krajów, mimo że to są te same wersje językowe – bo będą różne linki, może nawet różne grafiki, więc to się diametralnie może różnić. Jeszcze nie zapominajmy o mentalności pewnych "konfliktach" pomiędzy krajami. Jeżeli Niemiec miałby kupować z polskiej strony, to pewnie by tego nie zrobił.

Jak pozycjonować się na kraje, które używają więcej niż jednego języka – Belgia, Szwajcaria, Bułgaria i tak dalej?

[Maciej Chmurkowski] W hreflangach, w tym kodzie ISO, możemy ustawić kod języka, a drugi to jest kod geolokalizacji, więc możemy zrobić trzy strony językowe na dany kraj – ale tak naprawdę na trzy języki. To chyba jest najlepsze rozwiązanie, żeby w tych trzech językach się pozycjonować. Trzeba to potraktować tak, jakby to były trzy osobne kraje.

[Robert Niechciał] Mi się wydaje, że akurat jest na odwrót w tym kodzie, że najpierw określasz kraj, później określasz język. I to jest najlepsza metoda. Przykład: Łotwa. Połowa społeczeństwa mówi po łotewsku, połowa po rosyjsku i kod dla Łotwy w języku łotewskim będzie wyglądał lv-lv i tam będzie treść łotewska. Jeśli chodzi o rosyjski, to będzie lv-ru i tam będzie treść rosyjska, targetowana na rynek łotewski. To załatwia sprawę.

[Damian Sałkowski/Senuto] A wtedy ruch czerpiesz z google .ru czy google .lt? Po rosyjsku? Czy z obu domen?

[Robert Niechciał] Nie wiem jak się zachowa na to Yandex [rosyjska wyszukiwarka internetowa - red.], ale te kody ISO są uniwersalne i powinien to zrozumieć. Nie mam doświadczenia, jak ten ruch w Łotwie będzie przychodzić. Natomiast to jest rozwiązanie, żeby to poprawnie skonfigurować i stargetować na multijęzyczne kraje.

Jaki jest wpływ użycia domeny krajowej na międzynarodowe działania SEO?

Czy domena, na przykład, co.uk może się pojawić w Stanach, a polska w Niemczech?

[Maciej Chmurkowski] Ja widziałem różne cuda i widziałem polską domenę, i to nie .pl, tylko com.pl pojawiającą się we wszystkich krajach. Moc miała niesamowitą. Testy pokazują, że można to zrobić. Natomiast, czy jest sens? Jak to konwertuje, to już dzisiaj o tym rozmawialiśmy, że niekoniecznie będzie to dobrze działało.

[Robert Niechciał] Ja też mam jeden taki wyjątek na domenie .pl w Niemczech, ale to jest bardzo mocny wyjątek. I tutaj jest zagrożenie,  że stosując taką technikę i strategię możemy doprowadzić do sytuacji, w której stworzymy sobie stronę niemiecką, która będzie rankować po niemiecku w Polsce, czyli niemiecką wersję językową w Polsce. I to jest największa pułapka, która przy tego typu podejściu może nas spotkać.

[Robert Niechciał] Czyli Niemiec, który będzie w Polsce, wyszuka sobie po niemiecku i znajdzie stronę na terytorium Polski.

[Mateusz Dela] Dokładnie. Ja się z tym wielokrotnie spotkałem, że właśnie niemiecka domena w ogóle rankuje w Polsce i to jest też taka właśnie pułapka. Są takie anomalie, jak najbardziej, z tym że według mnie to nie powinno to tak wyglądać, żeby takie anomalie się pojawiały.

[Damian Sałkowski/Senuto] Dodam od siebie, że ja w Polsce widzę na przykład z dziesięć różnych domen Amazona. Rankuje u nas amazon.de, amazon.co.uk, amazon.com, amazon.fr i kilka innych wersji. Sprawdzam sobie pozycje dla polskich fraz i często widzę zagraniczne domeny, to jest częsta sytuacja.

[Mateusz Dela] To jest kwestia tego, że to jest mocna domena. Taką świeżo zarejestrowaną raczej tego nie zrobimy i nie osiągniemy.

[Robert Niechciał] No i zapewne, to co mówisz i obserwujesz, nie jest to na konkurencyjnych frazach, pod które się optymalizujesz, tylko są to frazy przypadkowe. Po prostu nie ma nic lepszego do dopasowania w danej chwili więc wrzuca, to, co wrzuca.

[Damian Sałkowski/Senuto] I to zazwyczaj dotyczy drugiej albo trzeciej dziesiątki, gdzie już taki jest, powiedzmy, bałagan.

[Robert Niechciał] No właśnie, czyli sytuacja poza kontrolą.

Czy chcąc działać za granicą potrzebuję specjalisty z danego kraju, czy mój lokalny gość powinien znać się na rzeczy? 

[Mateusz Dela] Ja jestem jak najbardziej lokalnym gościem, który robi za granicę. Z perspektywy pięciu lat działania na rynku niemieckim teoretycznie da się to robić, a praktycznie to wygląda tak, że ja w Berlinie mam mojego biznes partnera, który zajmuje się SEO od 10 lat i on zna wszystkie zagadnienia i niuanse rynku niemieckiego. U mnie odbywa się to tak, że ja tutaj wszystko konsultuję z polskimi klientami, ich uwagi, roszczenia, propozycje i tak dalej. Następnie rozmawiam z moim biznespartnerem z Niemiec i on stara się nasze pomysły, idee dostosować pod lokalne warunki niemieckie. I on to propaguje, jeżeli chodzi o link building, o tworzenie treści i tak dalej.

W każdym kraju jest dużo niuansów. Są przyzwyczajenia konkretnych narodowości. Jest mega dużo czynników, z których nie zdajesz sobie sprawy, nawet jeżeli umiesz mówić w danym języku. Więc ja mam gościa, który jest Niemcem, który zajmuje się SEO dziesięć lat i zjadł na SEO zęby. Nie twierdzę natomiast, że nie da się tego zrobić na zasadzie, na przykład, że ja teraz bym wszedł na rynek szwedzki i ponieważ wiem, że trzeba mieć treści, wiem, że trzeba mieć linki, wiem, że trzeba zoptymalizować – to być może bym osiągnął efekty. Nie twierdzę, że nie. Tylko z mojej perspektywy ten most, który ja stworzyłem, działa bardzo dobrze.

[Robert Niechciał] Ja jestem zdania, że specjalista z Polski, który nie ma bariery języka angielskiego powinien sobie poradzić. Co nie zmienia faktu, że na każdy rynek dobrze mieć native speakera, który na podstawie planu contentowego zbuduje treści w realiach danego kraju. Natomiast jeżeli chodzi o SEO, to optymalizacja techniczna czy jest po angielsku, czy po niemiecku – to się nic nie zmienia. Jeżeli chodzi o link building, no to zasadniczo też się nic nie zmienia, a więc sprytny lokalny magik, ze wsparciem native speakera w danym kraju, powinien sobie ze wszystkim poradzić.

[Maciej Chmurkowski] Są smaczki, które ktoś, kto już pracował na danym rynku powinien znać. Na przykład Czechy i Seznam. Tam nie króluje Google. Jest Seznam, pod który się optymalizuje. Z reguły to są małe różnice, które wynikają raczej z doświadczenia, więc ktoś, kto jest specjalistą i może zrobić audyt techniczny, linki może pozyskać na polskich platformach – bo ma już też międzynarodowe serwisy w swojej ofercie – to powinien dać sobie radę.

I jeszcze na temat tłumaczeń jeden do jednego: ja niekoniecznie zawsze zakładam tłumaczenie jeden do jednego, tylko raczej, nawet jeżeli to zostanie przetłumaczone przez jakieś biuro tłumaczeń, to fajnie by było, żeby jakiś native na to rzucił okiem. Na przykład, ja pracuję z filologiem hiszpańskiego, więc nam jest trochę łatwiej na tym rynku. On jest w stanie wejść w Googla hiszpańskiego, znaleźć odpowiednie serwisy, trochę inaczej linki kupić niż tylko znając angielski.

Są drobne różnice, ale generalnie każdy powinien sobie z tym poradzić. Jeszcze zależy jaki język, bo cyrylica jest trudna, Azja jest trudna. Niektóre języki mają zupełnie inną strukturę słów. Zdania nie są rozdzielone, każda litera jest tak, jakby była w Polsce słowem. Więc nawet, jeżeli chce się formatować tekst i umieszczać to na stronach, zawsze jest jakiś problem.

[Robert Niechciał] Dlatego native speaker jest potrzebny. Tutaj jeszcze taki tip: nawet jeżeli chcemy kupić linki na SAPE, które jest po rosyjsku, to przecież chrome ma opcję tłumaczenia strony. Każdą platformę można przetłumaczyć na angielski. Więc jest to kwestia sprytu, pomysłu i można jechać.

[Damian Sałkowski/Senuto] Czy są jakieś kraje, gdzie domeny krajowe zadziałają zdecydowanie lepiej niż .com?

[Robert Niechciał] Czyli takie założenie, że domena ma pokryć kilka krajów? Wątpię. Nie sądzę, żeby to miało znaczenie. W sensie, że domena .de będzie lepiej rankować w Niemczech, niż domena .com na daną frazę.

[Robert Niechciał] Wydaje mi się, że nie.

[Maciej Chmurkowski] .com zdecydowanie.

[Robert Niechciał] Tak, na pewno można by tutaj domeny, które są darmowe i multijęzyczne, czyli na przykład .tk nie będą dobrze reagować. Być może w jakichś egzotycznych domenach typu .io, .co, można faktycznie znaleźć jakieś różnice. Natomiast jeśli chodzi o .com, to myślę, że nie.

[Mateusz Dela] Ja bym trochę obrócił to pytanie, bo z perspektywy SEO – według mnie nie. Ale tutaj może być taki czynnik na zasadzie, że Polacy jak zobaczą w top trzy jakąś domenę, która jest .pl-pl i .com.pl, to tutaj mogą być takie niuanse, że internauci może bardziej zaufają lokalnej domenie niż takiej, która jest w subfolderze .com. Ale to jedynie coś takiego mi przychodzi do głowy, z perspektywy user experience, że gdzieś tutaj mogą w serpach lokalni internauci wybrać sobie krajową domenę.

[Robert Niechciał] Wydaje mi się, że w niektórych krajach breadcrumbem można całkiem nieźle to ograć i po prostu na pierwszym miejscu nie pokazać nazwy domeny. Nie się wyświetli po prostu, jeśli dobrze pamiętam.

[Maciej Chmurkowski] A mnie zastanawia jedna rzecz, też chyba do przetestowania – żeby zrobić większość krajów na domenie .com, a na przykład Niemcy osobno. Można to połączyć również hreflangiem, bo działa na domenach zewnętrznych. Robiłeś coś takiego? Ze względu na przykład na konwersję.

[Mateusz Dela] Nie robiłem tego, ale jeżeli chodzi o rynek niemiecki, raczej właśnie Niemcy się skłaniają ku lokalnej domenie .de. Niemcy wolą kupować od Niemców. Dlatego właśnie Polacy, którzy wychodzą na rynek niemiecki starają się zniemczyć na maksa, czyli zarejestrować niemiecką spółkę, mieć niemiecki wirtualny adres, niemiecki numer telefonu. Są też wyjątki od tego, że są polskie produkty, które Niemcy świadomie wybierają, na przykład Fenster aus Polen, czyli okna z Polski. Niemcy wiedzą, że polskie okna są lepsze i tańsze od niemieckich i jak najbardziej wyszukują właśnie polskich producentów okien, żeby je kupić i ściągnąć do swojego kraju.

Czy możecie polecić jakieś zagraniczne sieci afiliacyjne dotyczące branży automotive? Czy jest jakiś sposób, aby sprawdzić czy jakaś konkretna strona należy do jakiejś sieci afiliacyjnej?

[Maciej Chmurkowski] Nie polecę, akurat w tej branży nie działam, natomiast ze sprawdzaniem zawsze jest problem. Zazwyczaj to jest tak, że w linku afiliacyjnym jest też ID afilianta, ale też jest domena. I zazwyczaj te linki są poukrywane, żeby uniknąć tego footprinta, ale to jest taka trochę mrówcza robota. Można pewnie było skorzystać trochę z jakichś narzędzi. Trzeba by było po prostu zarejestrować się w danej sieci afiliacyjnej, zobaczyć na jakich domenach ma swoje landingi i szukać odnośników na innych stronach. I wtedy można sprawdzić, ale jeżeli ktoś robi afiliację i robi to długo, to raczej stara się to ukryć.

[Robert Niechciał] Jeżeli chodzi o sieć, to bym strzelał do Tradedoublera, wydaje mi się, że tam kiedyś widziałem jakiś automotive. Jeżeli chodzi o sprawdzenie, czy jakaś konkretna strona należy do sieci afiliacyjnej, to ja bym spróbował dokonać fejkowej konwersji na tej stronie i na Thank You Page poszukać w kodzie, czy nie ma jakichś piksel kodów, które zwracają konwersje do sieci afiliacyjnej. Jeżeli dana strona jest w jakiejś sieci afiliacyjnej, to musi wysłać jakąś konwersję do tej sieci. Jeżeli jest to wdrożenie pikselem html-owym, to tam znajdziecie, gdzie ta konwersja jest przesyłana dalej.

[Maciej Chmurkowski] A na pewno nie ma jakiegoś sposobu na seryjne znajdowanie takich stron. Trzeba zawsze jednak manualnie to sprawdzać.

Czy na rynku niemieckim istnieje coś w stylu Whitepressa?

[Mateusz Dela] Ja osobiście się nie spotkałem. Jedyną taką anomalią jest pewna niemiecka agencja SEO, która funkcjonuje na tej zasadzie, że jeżeli zostajesz klientem tej agencji SEO, pod kątem link buildingu, dostajesz swój login i hasło i logujesz się do takiej platformy właśnie a’la Whitepress. Tam jako klient masz na przykład dziesięć tysięcy euro miesięcznie do wydania na linki.

Ta agencja SEO sugeruje ci, gdzie zrobić publikację, ale przesłać swoje sugestie, że chcesz być na przykład na bild.de w tym miesiącu i sobie zaznaczasz, i tam są właśnie też takie parametry jak w Whitepress’ie. Więc takiego stricte jeden do jednego Whitepress’a nie znam, ale w ramach tej niemieckiej agencji SEO coś takiego jest i funkcjonuje.

[Robert Niechciał] Czy to jest jakieś wewnętrzne narzędzie?

[Mateusz Dela] Tak, tylko musisz być klientem tej agencji i mieć podpisaną tam umowę na chyba minimum dwanaście miesięcy. Wtedy oni na podstawie tego researchu sobie budują tę bazę i jest to taki a’la Whitepress.

Jeżeli chodzi o mnie i moje działania, my zawsze robimy research i wyszukujemy portale, które są stricte pod klienta. Oczywiście mamy swojego Excela, gdzie mamy zapisane serwisy lokalne z newsami, tam znamy stawki i wiemy, że możemy bezpośrednio do nich uderzyć. Wtedy często jest tak, że jak klient przychodzi i potrzebuje dziesięć linków z serwisów informacyjnych, no to na dzień dobry możemy im powiedzieć, że cena taka i taka. Ale często jest tak, że musimy ręcznie wyszukiwać sobie te portale i po prostu dzwonić, mailować.

[Damian Sałkowski/Senuto] To może rozszerzmy to pytanie i weźmy pod uwagę też inne rynki, nie tylko niemiecki. Czy jest taki odpowiednik, na rynkach, na których działacie?

[Robert Niechciał] Ja ostatnio widziałem trochę w Hiszpanii takich platform. Natomiast nie pamiętam ich nazw. Czy w Wielkiej Brytanii na przykład jest Pitchbox, ale to jest narzędzie, które służy do tego, żeby stworzyć sobie listę, zrobić jakieś follow-up’y i po prostu wysyłać maile do ludzi.

[Maciej Chmurkowski] Linkhouse, Marketin9, to są podstawowe. Każdy może sobie na danym rynku jeszcze poszukać, można skorzystać z translatora. Może nie są to tak duże sieci, ale myślę, że na każdym rynku można coś sobie znaleźć.

[Damian Sałkowski/Senuto] Linkhouse ma na pewno niemieckie portale, z tego co widziałem, przynajmniej kilkadziesiąt. Natomiast Whitepress ma na przykład biura na Słowacji, w Rumunii i zdaje się na Węgrzech. Więc tam działają bardzo lokalnie i na tych rynkach na pewno można w Whitepress’ie kupić. Marketin9 też ma serwisy w Wielkiej Brytanii, a Linkhouse chyba jeszcze w Hiszpanii ma. Ostatnio też Danię dodali, więc te polskie platformy też mają jakąś ofertę na te rynki zagraniczne.

Czy testowaliście domeny dedykowane konkretnym branżom, na przykład .fitness pod sport/fitness, domena .catering pod catering i tak dalej, czy to ma pozytywny wpływ i lepiej się pozycjonuje niż domena globalna czy krajowa?

[Robert Niechciał] Ja myślę, że to będzie ciekawa rzecz za jakiś czas, ale jeszcze tego nie robiłem. Natomiast w takich swoich wewnętrznych analizach widzę coraz więcej takich domen, które zaczynają się pojawiać w danych krajach. Z tego co pamiętam, nawet bank Paribas ma rozszerzenie .paribas, chyba w Hiszpanii. Fajnie im to funkcjonuje i te strony wychodzą wysoko.

Dzisiaj wpadłem na domenę w Wielkiej Brytanii w uk.coop – cooperation – i to jest jakaś instytucja charytatywna, która fajnie działa na takiej domenie. Natomiast nigdy sam nie robiłem nic na takich domenach. Chyba, że założyć domenę XYZ jako tego typu domenę. Swego czasu królowały w spamach i wynikach. Ale czy będzie miało pozytywny wpływ? Wątpię.

[Maciej Chmurkowski] XYZ były bardzo tanie swego czasu, nie wiem jak to teraz wygląda. One były kupowane, żeby tam, tak jak mówisz, szło dużo spamu.

[Robert Niechciał] Tak, ale jakieś tam efekty były generowane na tych domenach.

[Maciej Chmurkowski] Tak, tylko że ciężko odsiać to później, jeżeli są ekspirki. Tak samo ja nie testowałem .fitness ani innych tego typu i też nie sprawdzałem cen. Zazwyczaj te nowe domeny są dość drogie przy rejestracji.

[Damian Sałkowski/Senuto] Sądząc po ich liczbie w top 3 wyników wyszukiwania, to jest ich niewiele, przynajmniej ja nie spotkałem się, ani też nie widziałem.

[Robert Niechciał] Ale zaczynają się pojawiać, w szczególności dla lansu. Banki sobie kupują swoje rozszerzenia, jak wspomniane .paribas, w Skandynawii też jakieś rozszerzenia bankowe się pojawiły. Serwisy korporacyjne w ten sposób sobie stawiają strony.

Czy warto dodawać wersję języka angielskiego? .Au, .us, .gb i dodawać do tego nowe, pełne wersje stron? Czy zamiast pełnych wersji można różnice językowe ograć inaczej?

[Robert Niechciał] Ja bym te hreflangi rozpatrywał na poziomie targetowania na dany kraj. I jeżeli chcemy się stricte targetować na przykład na Wielką Brytanię en.gb, to ja jestem zdania, że warto to dodać.

Pytanie odnośnie pozyskiwania tekstów do PBN-ów. W jaki sposób pozyskać teksty, duże ilości, na przykład 100? Czy teksty spinowane wchodzą w grę?

Teksty spinowane to są takie teksty, które generowane są na bazie synonimów i to dzieje się przez permutację tych synonimów. W ten sposób kiedyś powstawały, powiedzmy, unikalne treści. Pytanie jak ta sytuacja wygląda teraz.

Przeczytaj też: Teksty SEO – 5 zasad, o których nie możesz zapomnieć

[Maciej Chmurkowski] To jest odwieczny problem na PBN-ach, jeden z największych, jeżeli chodzi o podpięcie masowo, bo w przypadku PBN-ów mówimy o pewnej większej skali. Każdy, kto długo robi SEO, robił spiny kiedyś i nie tylko międzynarodowo, tylko nawet w języku polskim. Kiedyś to działało. My też generowaliśmy kiedyś dużo tekstów na PBN-y, ale od lat już tego nie robimy. Zauważamy po prostu, jak te strony są wyindeksowywane.

Swojego czasu straciliśmy 30 czy 40 procent PBN-ów, które były stawiane na spinowanym tekście. Od tamtego czasu staramy się, żeby te teksty mimo, że tłumaczone i powiedzmy, że gorszej jakości, to jednak, żeby były, żeby można było je zrozumieć w jakiś tam sposób. I jest to problem kosztów, skalowania i nie da się tego w jakiś sensowny sposób przeskoczyć na dzień dzisiejszy.

[Robert Niechciał] To jest właśnie taki problem kosztowy. Ja na przykład zlecam platformom, które piszą teksty przez Filipińczyków. Jest to odpowiednie obniżenie kosztów i to jest stricte tekst na PBN-y, więc taki Filipińczyk może go napisać. Od jakiegoś czasu testuję różne metody generowania tekstów, nazwijmy to przez AI. Natomiast jeszcze to jest w fazie testów i nie będę się jeszcze wypowiadał, czy to jest dobra droga.

Ale mówi się, że w roku 2025 AI napisze książkę, która będzie bestsellerem. To już jest niedaleko i tutaj upatruję możliwość optymalizacji, co nie znaczy, że to jest optymalizacja bezkosztowa, bo ciągle ta druga strona kosztuje i to całkiem dużo. Natomiast tutaj można to skalować i weźmy przykład, że wszystkie opisy produktów na niemieckim Zalando są wygenerowane przez tego typu technologie. Także ja myślę, że to jest nowa jakość w stosunku do spinowanej treści, która faktycznie jest zaindeksowywana.

[Damian Sałkowski/Senuto] Jest taki sposób. Można sobie wpisać Text Generated by AI i są serwisy, które już budują newsy w oparciu o AI, na przykład New York Times, wydarzenia sportowe relacjonują przez AI.

[Robert Niechciał] Zdaje się, że Yahoo ma newsy sportowe tworzone przez AI, newsy finansowe...

[Maciej Chmurkowski] Pytanie, czy to w każdym języku działa?

[Damian Sałkowski/Senuto] Nie w każdym, ale na przykład w angielskim. To tak jak Google’a Tool Language API. Ona działa na rynki anglojęzyczne i hiszpańskojęzyczne, ale to nie wynika z trudności językowej – tylko z tego, że teraz pewnie nie jest to opłacalne, robić algorytmy na przykład pod język polski, bo to jest trzydzieści milionów użytkowników. Jak zrobią po angielsku, to mają rynek dwóch miliardów ludzi, więc pewnie z biznesowego punktu widzenia to wynika, że teraz tylko te języki obsługują. Ale cztery lata w perspektywie internetu to jest masa czasu, więc wydaje mi się, że dojdziemy do tego poziomu niebawem.

[Robert Niechciał] Ja bym tutaj jeszcze jedną rzecz dał do zastanowienia. Jeżeli kupujemy domeny aukcyjne, płacimy za domeny po dwieście, trzysta, czterysta dolarów, no to te dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści dolarów warto dać na tekst, skoro domena kosztowała półtora, dwa czy trzy tysiące złotych.

[Robert Niechciał] Chyba że lecimy na ekspirkach.

[Maciej Chmurkowski] Ja bym też PBN-y podzielił na dwa rodzaje. Mamy PBN-y zaplecze premium i zaplecze, powiedzmy, masowe, trochę słabszej jakości. I tutaj, przy tej pierwszej kategorii, zdecydowanie tylko i wyłącznie tłumaczone - dobry content, pisany i tłumaczony.

Jeżeli macie ekspirki, to na przykład w celu oszczędzania robicie tak, że z Wayback Machine odzyskujecie content i go z powrotem publikujecie?

[Maciej Chmurkowski] My masowo tego nie robimy. My stawiamy nową treść i nie do końca związaną z tematyką tej domeny. Bo bardzo ciężko jest ustrzelić na przykład domenę o zdrowiu, która będzie wartościowa i wolna. Stawiamy zupełnie nową treść, z zupełnie nową kategorią, wykorzystujemy te linki które są, żeby ta domena miała już moc. Zdarzało nam się już na tym zapleczu premium odzyskiwać treść, bo wiemy jak to szybko wraca, jak szybko ta domena ma moc, jeżeli nawet odzyskamy jeden do jednego. A nawet nie jeden do jednego, bo wystarczy szablon zmienić. Trzeba uważać, część treści trzeba usunąć, bo można mieć różne problemy prawne.

[Robert Niechciał] Kiedyś odzyskiwałem treść, natomiast teraz wyszedłem z tego, bo to jest pracochłonne, czasochłonne i jednocześnie niekoniecznie zgodne z prawem. Natomiast to jest najefektywniejsza droga do tego, żeby domena szybko wróciła do łask i dało się z niej linkować, więc jeżeli ktoś się godzi na ewentualne ryzyka z tego tytułu, no to jest to rozwiązanie problemu.

[Mateusz Dela] Ja ostatnio PBN-y robiłem w 2012 roku, więc trochę wypadłem z obiegu. Na przestrzeni ostatnich trzech miesięcy pod swój prywatny projekt postawiłem 10 polskich stron i tam zrobiłem treści, które były robione pod research słów kluczowych i wszystko pisane było z palca. Chyba w 2009 czy 2010 roku przechwyciłem domenę po spółce, która przewoziła osoby. To była międzynarodowa firma i ta domena miała pr 7, bo to jeszcze były czasy page ranku, i to był pks koneks tczew kropka pl, pamiętam do dziś. Nie miałem pomysłu na tę domenę, ale miała pr 7 i chciałem sprzedawać linki na Allegro, więc wszedłem w Waybacka i po prostu zobaczyłem, co tam było.

Było tam cztery czy pięć podstron, i jedną z nich był rozkład jazdy. Więc ja sobie jeden do jednego tę tabelkę skopiowałem, odtworzyłem to na WordPress’ie, też zrobiłem podstronę – rozkład jazdy – i wrzuciłem tę tabelkę z tym rozkładem jazdy, sprzed dwóch czy trzech lat. Później ta spółka została wykupiona przez większą firmę, no i tamta firma odezwała się do mnie przez rejestratora, przez hostingodawcę, doszli do mnie i poprosili, że ok, oni tej domeny nie potrzebują, tylko żeby zmienić te treści na stronie. Bo ta domena dalej rankowała na frazy PKS Tczew, PKS rozkład jazdy w Tczewie i ludzie do nich codziennie po kilka razy dzwonili, że tam wyszli na przystanek na jedenastą dwanaście, a PKS nie przyjechał.

Jak wygląda SEO w Norwegii?

[Robert Niechciał] SEO w Norwegii jest strasznie drogie. Natomiast patrząc po wynikach, akurat w branży finansowej, jeśli chodzi stricte o Norwegię – nikt nie pozyskuje linków norweskich. I wszystkie strony, które są w topach, nie mają linków norweskich. A jeżeli mają, to jest to minimalna ilość. To jest pierwsza rzecz. Jeśli chodzi o domeny, z tego co pamiętam, domeny .no są absurdalnie drogie. W związku z tym nikt ich nie ma.

Jeśli chodzi o guest posty, są pojedyncze, ale zapewne też są absurdalnie drogie, więc nikt ich nie ma. Tak więc te wyniki, które ja analizuję, są generowane w dużej mierze domenami zagranicznymi. I wydaje się to być skuteczne, bo te największe strony w branży finansowej tak są zrobione i nic im się nie dzieje od wielu, wielu miesięcy.

[Maciej Chmurkowski] Domena norweska kosztuje około tysiąca złotych. I to też jest tak, że to się kupuje przez tego trusty, tego pośrednika, czyli inną firmę, która za nas to kupuje w Norwegii. Jakby ktoś chciał, jest taki serwis netim.com, na którym wszystkie domeny można kupować przez tego pośrednika. Jest to drogie. Nie ma linków, tak jak na domenach norweskich, są domeny norweskie, ekspirki do wzięcia. Natomiast koszt jednej nawet jest dość duży.

[Mateusz Dela] Jeżeli chodzi o Norwegię to nie mam doświadczeń, ale pamiętam jak pracowałem w Go Euro i wchodziliśmy na Skandynawię, konkretnie na rynek szwedzki, to ten rynek był tak pusty, że wystarczyło, że zatrudniliśmy jedną dziewczynę, która pisała treści po szwedzku i po prostu tworzyła te treści. Wystarczyły linki z naszych innych domen, w ramach naszego projektu, żeby to się po prostu zaindeksowało i weszło w topy. To był rok 2016-17, ale śmiem twierdzić, że od tego czasu się tam za dużo nie zmieniło. Tam wystarczyła po prostu treść i siła naszych innych domen spowodowała, że w bardzo krótkim czasie osiągnęliśmy topy.

[Robert Niechciał] W Szwecji, Danii, Finlandii ten rynek jest troszeczkę bardziej rozwinięty i przede wszystkim już mają tam PBN-y. Domeny w danym kraju da się kupić i są w normalnych cenach, po około 9-10 euro, zdaje się. Mają guest posty, które są koniec końców drogie, ale mają. No, ale to nie jest już Norwegia.

Gdzie szukacie domen do przechwycenia na rynki zagraniczne? W Polsce AfterMarket, a za granicą?

[Robert Niechciał] Jest dropcatch.net, Sedo, aukcje Godaddy. Ja mam trochę prywatnych dostawców. Ceny są astronomiczne na takich ogólnych serwisach i aukcjach. Jednak prywatni dostawcy mają te ceny odpowiednio 4-5 razy mniejsze.

[Maciej Chmurkowski] Ja mam trochę inne podejście. Na zaplecze premium kupujemy na Godaddy aukcje, natomiast to jest tak drogo i wszystkie domeny przed zakupem muszą podlegać tak dużej analizie, że taki zakup to są pojedyncze przypadki. Nie korzystamy ani z AfterMarketu, ani z innych takich serwisów. My kopiemy, my szukamy domen, które gdzieś tam zostały pominięte, które mają jeszcze w miarę dobry profil linków.

To też nie jest szczególnie łatwe, ponieważ takie kopanie zajmuje, po pierwsze dużo czasu, a też jest bardzo drogie. Trzeba się podpiąć do jakiegoś narzędzia analitycznego, na przykład przez API, i szuka się w setkach tysięcy nowych domen, a spadają 3-4 dobre. Więc jest to problematyczne. Natomiast tutaj plusem jest cena, bo płacimy po prostu za rejestrację domeny, a nie za jej odkupienie. Ale jeżeli chodzi o aukcyjne, no to Godaddy przede wszystkim. Requesty do domeny, jak już mam ich listę, robię na Semrushu, a potem pytam przez API rejestratora czy domena jest wolna. Trzeba wykorzystać dwa różne, żeby skompletować listę tych domen.

[Damian Sałkowski/Senuto] Czyli budujesz sobie bazę linków i odpytujesz rejestratora na bieżąco, a jak jakaś domena spadnie, to ją rejestrujesz. Jeszcze tutaj dopowiem, chyba Linkhouse uruchomił teraz giełdę domen czy całych serwisów.

[Robert Niechciał] Tak. Przypomniałem sobie jeszcze jeden serwis, zdaje się, że jest coś takiego jak Undeveloped.com i tam jest masa powieszonych domen, które są „undeveloped”. One de facto są do sprzedania. Na rynku brytyjskim jest masę drop catcherów, każdy z nich ma swój serwis aukcyjny.

[Maciej Chmurkowski] Jeszcze serwis SEO.Domains. Warto sobie przejrzeć też. Uważam, że tam jest kiepski stosunek ceny do jakości tych domen, to znaczy cena jest zbyt wygórowana. Natomiast są też ludzie, specjaliści, którzy twierdzą, że właśnie wręcz przeciwnie – że tam jest w porządku

Czy w przypadku PBN rejestrujecie domeny u różnych operatorów i bierzecie na siebie różnice w cenie, czy wszystko u najtańszego? Czy według Was ma to znaczenie?

[Maciej Chmurkowski] To nie jest takie proste. Nie ma najtańszego rejestratora, który by rejestrował wszystkie kraje. Ja znalazłem już dawno temu i od lat korzystam z OVH. Tamten stosunek ceny jest naprawdę dobry, ponieważ pewnie można znaleźć domeny tańsze, u pojedynczych rejestratorów, natomiast przy takich ilościach, jakie my robimy jest bardzo problematyczne, więc stawiamy na jednego rejestratora.

[Robert Niechciał] Ja mam to rozrzucone na kilku rejestratorów. Dużo idzie do Netimu, dużo idzie do Openprovidera. Openprovider to jest taki rejestrator, który świadczy usługi rejestracji dla innych rejestratorów. Tak jakby hub rejestratorów, chyba największy w Europie. Teraz będę chciał wdrożyć kilku innych rejestratorów – będzie to Gandhi, Oneapinet i kilku innych. Natomiast tam, gdzie działa skutecznie, tam ja jestem rejestratorem. Mam umowy spisane z operatorami narodowymi, takimi jak Nask, czy instytucjami, które odpowiadają za dane domeny w danym kraju.

[Damian Sałkowski/Senuto] Chyba w Polsce, żeby stać się rejestratorem, trzeba wpłacić dziesięć tysięcy złotych?

[Robert Niechciał] W większości krajów trzeba zrobić prepaid, a kwota prepaidowa następnie idzie na utrzymanie.

[Mateusz Dela] Jeżeli już rejestruję domeny, to na OVH, bo chyba jest najbardziej zbalansowany, jeżeli chodzi o politykę cenową. Czasami z dolotu AfterMarket.

[Maciej Chmurkowski] Dla zróżnicowania rejestratorów można zainteresować się AfterMarketem. Tylko on nie ma takiej puli domen jak OVH.

[Robert Niechciał] Ja bym sugerował sprawdzić Openprovidera, oni mają dosyć ciekawy model biznesowy, unikalny wśród operatorów na skalę światową. Na strzał wejścia ceny są średnie, w mojej opinii nieprzyjemne. Natomiast ich oferta polega na tym, że kupujesz sobie pakiet roczny, który gwarantuje ci obsługę iluś tam domen, na przykład najmniejszy pakiet to jest do 500 domen za 50 czy 100 euro rocznie. I kwota za ten pakiet, to jest ich marża, a ceny rejestracji dostarczają ci na poziomie rejestratorów w danym kraju, plus tam powiedzmy dziesięć eurocentów.

Nie zarabiają na każdej zarejestrowanej domenie, tylko na tym pakiecie, który ci sprzedają za 99 dolarów, a później domena, która u innego rejestratora kosztuje, powiedzmy, 9,90 euro, u nich kosztuje 6,90. To jest dosyć unikatowe rozwiązanie, no i warte zainteresowania.

Jeśli kupuję domenę pod PBN z TLD .hr to czy muszę potem umieszczać tam teksty tylko w lokalnym języku, czyli chorwackim, czy mogę tam umieszczać teksty na przykład po polsku?

[Maciej Chmurkowski] Wszystko można, tylko jaki tego jest cel tak naprawdę. Rozmawialiśmy o tym czy odzyskiwanie contentu bądź nadstawianie strony w danym języku ma sens. Rejestrujemy domenę, która ma jakąś historię, więc ma linki. Jeżeli postawimy polską treść albo w jakimś innym języku, to część z tych linków możemy stracić – dlatego, że właściciele stron, które linkują do nas, potrafią czasami po prostu zobaczyć czy link działa i co jest pod tą stroną. Jeżeli zobaczą, że tam jest zupełnie coś innego, nawet w innym języku, to sporo linków można stracić. Wtedy maleje siła tej domeny.

[Mateusz Dela] Wydaje mi się, że jeżeli już kupujemy jakąś domenę lokalną danego kraju, to raczej odtworzyć tam treści w tym języku, bo w innym przypadku nie będzie miało to zastosowania.

Czy według was domeny połączone hreflangiem przekazują między sobą moc SEO?

Jeżeli podlinkuję na przykład domenę .mx, to jest domena meksykańska, połączoną z hreflangiem z domeną na przykład .es, to jest domena hiszpańska, to zaobserwuje wzrost na obu domenach?

[Maciej Chmurkowski] Hreflang nie przekazuje mocy. To jest tylko wskazanie wersji językowej, wskazanie, jaki dokument powinien być wyświetlany na jakiej wersji Googla. Natomiast my to robimy. Dlatego między domenami czy na linkach wewnętrznych wartą tę flagę zastosować w postaci html-a, żeby to jednak był link. Poza tym hreflangiem wskazujemy inną wersję językową, czyli ten sam dokument, który został przetłumaczony, więc jak najbardziej między domenami to będzie działało. Natomiast to nie jest tak, że to powoduje, że nam strony obydwie wystartują gdzieś tam do topów. Dalej linki tutaj będą miały znaczenie.

[Robert Niechciał] Hreflang służy do określenia lokalizacji i tego, gdzie znajduje się jaki dokument, w jakiej wersji językowej i tak dalej. Co przekazuje moc – anchor czy link? Otóż link, a hreflang nie jest linkiem, jest wskazaniem poprawnego dopasowania. Na koniec dnia to prowadzi do tej struktury, którą my stosujemy, czyli wszystko w obrębie jednej domeny. I wtedy obserwujemy sytuację, że jeden kraj wspiera drugi, one nawzajem się wspierają i razem rosną.

Zapisz się do newslettera Senuto! Świeże materiały z bloga wprost na Twoją skrzynkę:


[Maciej Chmurkowski] Zastosować wersję językową, na dobrej domenie, która ma moc i ona praktycznie z dnia na dzień potrafi wejść do topów, jeszcze w zależności od trudności, prawda?

[Robert Niechciał] Tak, ale to jest właśnie w obrębie jednej domeny.

[Damian Sałkowski/Senuto] Widziałem taki case, Picodi chyba, z łączenia domen w jedną domenę .com i tam wzrost wynosi chyba 300 procent na samym tym połączeniu.

Czy Niemcy szukają również usługi podobnie jak Polacy, czyli nazwa usługi plus miasto?

[Mateusz Dela] Podejrzewam, że nie tylko w Niemczech, tylko wszędzie tak się robi. Jeżeli mieszkam w Katowicach i szukam fryzjera, to wpisuję „fryzjer Katowice”, jeżeli Niemiec mieszka w Hamburgu i też szuka fryzjera, to wpisze po niemiecku „fryzjer Hamburg”. Zakładam, że w każdym kraju tak jest. Oczywiście ludzie mniej świadomi wpiszą sobie po prostu „fryzjer” i geolokalizacja zrobi swoje, ale jeżeli chodzi o rynek niemiecki, to te frazy są wyszukiwane w takim samym stopniu jak w Polsce, czyli nie ma tutaj jakichś anomalii, że Niemcy tak nie wpisują.

[Damian Sałkowski/Senuto] Kiedyś było tak, że ludzie wpisywali „fryzjer”, potem historycznie było tak, że ludzie się nauczyli precyzyjniej wyszukiwać, wpisywali „fryzjer Warszawa”, a teraz znowu wpisują „fryzjer”, bo geolokalizacja powoduje, że wyniki są lokalne. Nie trzeba tego tak uściślać frazą. W Polsce widać, że ludzie się nauczyli wpisywać „fryzjer Warszawa”, ale te wyniki już po prostu są zgeolokalizowane, więc nie jest to aż tak potrzebne.

Czy Google będzie preferował domenę .de dla wyszukiwań użytkownika z regionu Niemiec z przeglądarki w języku niemieckim, a domenę .com dla użytkownika z USA z językiem angielskim?

Czy też jest to tylko i wyłącznie kwestia siły domeny i silniejsza zawsze wygra? Zakładamy hipotetyczną sytuację, w której mamy dwie domeny: .com i .de, obie w języku niemieckim i o bardzo podobnym rankingu.

[Mateusz Dela] Według mnie to jest kwestia siły i domena z wyższym autorytetem będzie rankować lepiej i wyżej.

[Robert Niechciał] Co w sytuacji, kiedy w Stanach jest gościu na komputerze z angielską przeglądarką i szuka sobie po niemiecku, co mu wyskoczy wyżej: czy wersja niemiecka, czy wersja .com? Chyba bym poszedł w siłę. To są straszne różnice data center i nie jestem pewien, czy by nie było sytuacji, w której .com mógłby się pokazać troszeczkę wyżej, bo te wyniki jednak między serwerowniami, a w szczególności jak jednak jest za oceanem, a druga w Europie, mogą się mocno różnić. Ciężko mi powiedzieć.

Założenie byłoby takie, że wyłącznie kwestia siły domeny i silniejszy zawsze wygra, natomiast w tym konkretnym przypadku, kiedy mamy człowieka w Stanach Zjednoczonych z angielską przeglądarką na amerykańskim data center, z amerykańskimi wynikami, to jakimś cudem może ta domena .com wyskoczyć wyżej. Tak mi się wydaje, że .com może wyskoczyć w Stanach wyżej.

W jakim kraju spośród tych, w których działaliście SEO było najłatwiejsze, a w jakich najtrudniejsze?

[Maciej Chmurkowski] Fajnie się robi Wschód od Polski, Łotwa, Litwa. Mi się wydaje, że to są kraje, w których bardzo łatwo jest działać, są tam tanie domeny, linki nie są drogie. Oczywiście są to mniejsze kraje, więc ta skala jest inna. Najtrudniejsze? Najtrudniejsza jest cały czas Anglia. Wszystkie kraje anglojęzyczne. Ja akurat bardzo mocno do krajów anglojęzycznych się nie pcham, ze względu na stosunek sił, wysokiego progu wejścia.

[Robert Niechciał] Ja jestem zafascynowany ostatnio krajami, w których jest: a) Erasmus do trzydziestego roku życia, b) jest sjesta. Mam tu na myśli Włochy, Hiszpanię, Portugalię. Tam jest świetnie. Byłem bardzo zdziwiony, jak łatwe są dziewicze rynki, rynek filipiński, tajski. Oczywiście istnieje bariera językowa, bariera znaków, natomiast tam SEO po prostu robi się samo. Jeżeli chodzi o najtrudniejsze – paradoksalnie Polska jest bardzo trudna, dużo trudniejsza niż takie Włochy, Hiszpania. Wielka Brytania względnie też, ze względu na budżety i dużą skalę działań.

Jestem zdania, że Polska jest jednym z najtrudniejszych rynków w Europie. Łatwość w dostępie do platform content marketingowych, stosunkowo duże budżety, które się generują od kilku lat na te działania, bardzo dobrzy specjaliści. Najlepsi w Europie de facto są w Polsce. Dla mnie obecnie Niemcy są łatwiejsze niż Polska.

[Mateusz Dela] Jeżeli chodzi o rynki niemieckie, to najtrudniejszy jest niemiecki, później austriacki, a najłatwiejszy jest szwajcarski. To wynika ze skali dla każdego kraju. Jeśli chodzi o rynek włoski: mimo że branża jest bardzo trudna, to te trudne frazy robi się zdecydowanie łatwiej niż w Niemczech. Wolumen wyszukiwań jest przybliżony i tam publikacje też są zdecydowanie tańsze niż na rynku niemieckim.

Na oko: biorąc „takie same” dwa portale, niemiecki i włoski, to za publikację na niemieckim zapłacimy 600 euro, a na włoskim powiedzmy 200 euro. Włochy są stosunkowo tanie. Teraz podejrzewam, że będą jeszcze tańsze. Współpraca, z mojej perspektywy, jeżeli chodzi o wydawców w Niemczech, to jest ordnung i za dwa dni od zlecenia publikacji masz publikację. We Włoszech niestety czasami trzeba się przypominać co tydzień, że „hej, zapłaciłem ci za publikację”.

Co sądzicie o linkach z press releasów? Czy przekazują w ogóle jakąś moc? Czy takie linki używać tylko dla dywersyfikacji?

[Maciej Chmurkowski] Już dawno nie używamy. Kiedyś testowaliśmy, ale to było parę lat temu i nawet dla dywersyfikacji chyba nie używali...

[Robert Niechciał] Ja obecnie, nie. Natomiast znalazłem taką bardzo ciekawą platformę w Stanach i tam mnie strasznie kuszą press releasy w Ameryce Łacińskiej. Tam wyliczyli chyba 4000 serwisów contentowych, newsowych w Argentynie, w Peru, w Chile. Czuję, że tam może być naprawdę bardzo fajnie, że tam mogą przyjmować te press releasy i one jeszcze mogą mieć sens. Natomiast tam, gdzie one królują, czyli pewnie w Stanach Zjednoczonych czy na rynkach anglojęzycznych wydaje mi się, że one są już zjedzone wręcz.

[Mateusz Dela] Tworzyliśmy w Go Euro mega dużo treści, które były fajne, angażujące i ciekawe dla mediów, więc dla nas press release to było fajne medium pozyskiwania linków za darmo. My działaliśmy na 15 rynkach europejskich, więc tworzyliśmy jeden projekt, który miał odniesienie na każdy rynek i wysyłaliśmy to do mediów, jako notki prasowe. I mieliśmy taką politykę, że jeżeli dziennikarz to skopiował jeden do jednego i po prostu był duplikat contentu, to zakładaliśmy, że to ma być link nofollow.

Ale często było tak, że po prostu bardziej kreatywni czy bardziej pracowici dziennikarze brali taką notkę i sami tworzyli artykuł. Wtedy albo się upominaliśmy o linka albo ten link akceptowaliśmy, że on był dofollow. Z tym nofollow chodzi mi o to, że jeżeli on był skopiowany jeden do jednego i ten link był dofollow, to my się go wtedy zrzekaliśmy, nie chcieliśmy go ze względów bezpieczeństwa. Właśnie to był dla nas fajny kanał, że dużo mediów to brało, ale zapominali na przykład linka do naszej strony, więc wtedy dzwoniliśmy i kontaktowaliśmy się z dziennikarzami, żeby dodali tego linka.

I tutaj ciekawostką jest to, że ja działałem na rynku polskim, więc mieliśmy taką nieformalną umowę z Polską Agencją Prasową. Kwartalnie wypychaliśmy jeden do trzech projektów, czyli czasami nawet jeden miesięcznie. I tam relatywnie tanio płaciliśmy za jedną publikację, chyba schodziliśmy do ceny 600 złotych za publikację. Więc sam link z PAP-u za sześć stów się mega kalkulował.

Plus jeszcze często podchwytywały to media i publikowały u siebie i efektem było to, że mieliśmy dobry content, wysyłaliśmy notki prasowe i średnia była taka, że mieliśmy po 30-40 publikacji praktycznie „za darmo”. I z tych publikacji mieliśmy przeważnie koło 10 dobrej jakości linków ze stron typu Onet, WP i tak dalej. Odpowiadając na pytanie: jak najbardziej przekazują moc w tym drugim rzucie, czyli kiedy media złapią notatkę i u siebie publikują.

Które kraje są najdroższe, a które najtańsze, jeżeli chodzi o linki i content?

[Maciej Chmurkowski] Skandynawia na pewno najdroższa, jeżeli chodzi o content. Rzeczywiście najmniej dostępnych jest tłumaczeń native speakerów – najwięcej, wiadomo, na kraje, które są bardziej popularne. Ja kiedyś współpracowałem z tłumaczami, którzy byli tak jakby native speakerami. Mieszkałem w Polsce, ale zbudowałem sobie taką własną sieć. Byli u mnie zatrudnieni na umowę zlecenie. Było to kilkanaście krajów i w tym przypadku najtańsza była wspomniana Litwa, Łotwa, a najdroższa była Skandynawia.

Przepaść jest dość duża, bo jeżeli swojego czasu płaciliśmy za 1800 znaków, za tłumaczenie, powiedzmy, 30-40 złotych za te najtańsze kraje, no to Skandynawia kosztowała już około stówy. Z tym że to byli native speakerzy. To już były takie tłumaczenia, powiedzmy, najwyższego polotu. Często też jest tak, że oni to korygowali, żeby to nie było jeden do jednego, czyli nanosili te wszystkie różnice językowe, które powinny być naniesione. I tak samo mi się wydaje, że jest z linkami – koszt linku będzie proporcjonalnie droższy.

[Robert Niechciał] Zdecydowanie Skandynawia jest najdroższa, a tam króluje w swojej „drogości” Finlandia, która jest absolutnie najdroższa. Do tej listy warto jeszcze dodać Holandię, która też jest bardzo droga i tych copywriterów jest mało. Ostatnio troszeczkę pisałem w Chorwacji, też było ekstremalnie drogo, dlatego, że tam praktycznie nikt się nie ogłasza, jeśli chodzi o native’ów i nie miałem wyjścia, musiałem zapłacić za bzdurny tekst 40 euro, który nie był niczym wielkim. Za, powiedzmy, 500 słów 40 euro to jest dosyć sporo.

Jeśli chodzi o najtańsze, to wszystko co hiszpańskie, bo pamiętajmy, że Hiszpanię można pisać w Wenezueli, w Kolumbii, w Argentynie, Meksyku, gdzie jest inna siła nabywcza pieniądza.

[Mateusz Dela] Wydaje mi się, że rolę gra dostępność copywriterów względem języka i tego, jak on jest popularny globalnie. Czym bardziej jakiś tam unikatowy język, tym ta cena podejrzewam, że będzie wyższa. Wyjątkiem mogą być te kraje wschodnie, gdzie dla copywritera 10 euro to jest naprawdę dużo.

Przeczytaj też: Samouczek SEO dla copywritera. Co jako copywriter musisz wiedzieć o pozycjonowaniu?

Czy obserwujecie taką sytuację, że w niektórych krajach Google pozwala na więcej, a w niektórych na mniej?

To znaczy, że w jednym kraju jakieś działania mogą zostać uznane za toksyczne, a w drugim będą przechodziły bez zauważenia?

[Robert Niechciał] Ja bym tutaj wyszedł z tego, gdzie jest mniejsza konkurencja i mniej do przeliczenia, mniej do odsiania, mniej odchyleń. Tam na więcej można sobie pozwolić, chociaż Google nie ma tylu treści, które musi posortować, więc one automatycznie wyskakują. Wspomnę tu ponownie o Tajlandii, gdzie jest mało stron i wystarczy coś przetłumaczyć na tajski i to się nagle pojawia wysoko. Są teorie, które mówią, że na rynkach anglojęzycznych te algorytmy są dużo bardziej zaawansowane. Ja osobiście w to nie wierzę.

Natomiast jest bardzo duża konkurencja, która ma duże budżety i też zobaczcie jak są nauczeni. Miłosz, który pracował w Anglii, przyjeżdża do Polski, otwiera webinar i mówi, że kupowanie linków jest zakazane. To też pokazuje mindset tych ludzi i ich działania, a te domeny są faktycznie obrzucone tysiącami linków. I z tym ciężko się wbić w pewnym momencie.

[Maciej Chmurkowski] Jeżeli zrobimy globalną domenę na kilka języków, to jeżeli będzie jakikolwiek problem – czy z linkami, czy z jakąś strukturą techniczną, czy na jednym kraju Google nie będzie sobie radził – to dostaniemy na każdym. Tak mi się wydaje, że to jest zupełnie inny case, niż jakbyśmy robili to na osobnych domenach. Dlatego tutaj ta toksyczność też, to zdejmowanie, to o czym mówiliśmy, powoduje, że ta domena rośnie silna, ale rośnie silna na wszystkich rynkach. Więc ja bym tego tak nie uzależniał, chyba, żebyśmy – tak jak mówię – działali na osobnych domenach. Wtedy można by było to przebadać.

[Mateusz Dela] W mojej opinii jest tak, że to zależy od danego kraju i jak bardzo się tam kombinuje w zakresie SEO. Z mojego doświadczenia, na rynku niemieckim w ogóle nie są popularne jakieś zaplecza, katalogi i wszelkie takie drogi na skróty. Taki główny nurt jest w miarę na takim samym poziomie dla wszystkich domen.

Nie wiem czy algorytm wszędzie działa tak samo i są takie same czynniki rankingowe, ale pamiętam, że Kacper kupę lat temu powiedział, że na Polakach Google uczył się w Europie. Czyli byliśmy na tyle kreatywni i na tyle przebiegli, że polski rynek to był taki plac boju, gdzie wychwytywali jakieś niuanse. Toteż wydaje mi się, że czym więcej jakiegoś kombinatorstwa, albo może inaczej – innowacyjności w SEO, tym bardziej Google może tam wziąć jakieś poprawki na to.

Co kupować, co omijać? Maksymalna liczba linków wychodzących to...?

[Maciej Chmurkowski] Jeśli mówimy o domenach, to trzeba by było przejrzeć profil linków według mnie i zobaczyć, co linkuje do tych domen. Jest dużo spadków, które już były zagospodarowane na przykład przez Chińczyków i dużo jest toksycznych, złych linków prowadzących. Spamowane są te domeny, więc na to trzeba uważać. Ale nawet zakładając jakąś analizę po API, gdzie możemy sobie po pewnych parametrach te domeny wyciągnąć, i tak przed kupnem trzeba to przeanalizować dokładnie, w jakimkolwiek narzędziu analitycznym – zależy jakiego klucza będziemy używać. Z kilkuset, nawet z kilkudziesięciu tysięcy domen zostaje naprawdę garstka.

A jeżeli chodzi o linki wychodzące, to ja wychodzę z założenia, że maksymalnie, ile się da. To nie jest tak, że będzie 20, ale z jednej podstrony zdarza nam się trzy, cztery linki wychodzące, z tym że nie wszystkie są dofollow i nie wszystkie są takie same. Czyli jest i obrazek, jest i nofollow, jest link w tekście i z jakiegoś boxa. Wyciskamy po prostu ile się da z tego zaplecza, żeby tę moc puścić na moneypage'a, ponieważ to zaplecze nie ma się pozycjonować. Wykorzystujemy na maksa i to u nas działa akurat. Tylko ważne jest zróżnicowanie tych linków, żeby nie było wszystko dofollow.

[Robert Niechciał] Ja wszystko, co kupuję i wszystkie domeny, które pozyskuję, sprawdzam, weryfikuję ręcznie, poszukując przede wszystkim ciągłości profilu linków tej domeny przez lata, żeby nie było sytuacji, że były linki i nagle są ucięte i są jakieś tego typu historyczne wahania. Bo to może sugerować jakieś tam manipulacje, które były w przeszłości. Albo linki wystrzeliły w zeszłym roku – też staram się omijać takie domeny. Także ciągłość profilu linków to jest pierwsza rzecz.

Druga rzecz: patrzę na ten profil linków, czy tam faktycznie ma w sobie dobre domeny przychodzące, poszukuję tam tych największych serwisów, które w danym kraju są dla mnie ważne. Jeżeli one tam się znajdują – dajmy na to BBC – to już jest dla mnie informacja, że ta domena jest w porządku.

Kolejną rzeczą, którą sprawdzam jest to, jak ona jest zlinkowana i w tym miejscu poszukuję domen, które mają cały profil linków na stronie głównej. Ponieważ staram się pozyskiwać linki tylko ze strony głównej, to chcę, żeby ten profil linku był skupiony na stronie głównej i nie rozpływał się po jakich strukturach, których i tak nie odtworzę. Do tego sprawdzam anchory, czy przypadkiem nie przewija się tam jakiś Ralph Lauren outlet albo i Gucci outlet, albo tego typu rzeczy, które czasami się zdarzają.

Mimo że domena na pierwszy rzut oka wygląda spoko, to jest tam Nike Air Max outlet i tego typu rzecz od razu odrzucam. W profilu anchorów sprawdzam również, czy jest on względnie w miarę brandowy i wygląda naturalnie, czy nie ma tam jakichś manipulacji albo czy to nie jest domena, która jest po SEO i coś się nie udało. W następnym kroku weryfikuję toksyczność.

Kiedyś sprawdzałem w Wayback Machine, co tam się znajdowało, czy przypadkiem nie zostało tam jakieś syfiaste zaplecze pod Paydaye lub coś tego typu. Natomiast teraz tego nie robię, wierzę w te czynniki, w te wskaźniki i to, co od jakiegoś czasu wprowadziłem – nie patrzę na nic poniżej domain rating 10. Wszystko, co jest poniżej, ignoruję. Jeśli chodzi o maksymalną liczę linków wychodzących, ja staram się maksymalnie mieć cztery, pięć.

Wiem, że to jest dosyć ortodoksyjna strategia. Chłopaki stosują nawet do 20, ale – pytałem ostatnio wiele osób o to – nikt nie potrafi wskazać jednej konkretnej wartości, że tak będzie optymalnie. Ja staram się mieć ich jak najmniej, ale jednocześnie nie więcej niż pięć, sześć.

[Mateusz Dela] Ja nie zajmuję się PBN-ami, ale ogólnie temat domen i ekspajerek zawsze mnie interesował i jarał, więc czasami sobie hobbystycznie wyszukuję jakieś domeny i dla mnie zawsze wyznacznikiem było założenie filtra, żeby referring domains było poniżej jakiejś wartości. Przeważnie to było 30 albo 50, żeby wychwycić domeny, które nie są już po SEO-wcach i nie są globalne, bo szkoda po prostu zasobów i czasu na to, żeby analizować domeny, które mają multum backlinków.

I wtedy, jeżeli sobie przesiejemy listę domen do takich wartości, gdzie ten referring domains jest poniżej 30, 50 i później założymy kolejne filtry, na przykład domain rating powyżej 10 – to zaczynają nam się odkrywać takie perełki, które mają dosłownie po 10, 15 backlinków, ale to są właśnie BBC i inne duże portale, które linkowały do tego. I wtedy takie domeny, w mojej opinii, mają miejsce bytu i zastosowanie. Co do liczby linków wychodzących, nie mam zaplecza, nie robię tego, więc nie będę się wypowiadał, ale wydaje mi się, że czym mniej, tym lepiej.

[Robert Niechciał] Ja jeszcze chciałem rozszerzyć jedną rzecz. To co sprawdzam, co często mi się zdarzało, to to, że domena miała jakieś 301 i tego też unikam, bo z dużym prawdopodobieństwem ta 301 zniknie, a często były sytuacje, kiedy jakaś organizacja miała domenę .co.uk i nagle przechodziła na domenę .uk. No i ja sobie złapałem tę domenę .uk, natomiast cały profil linku był co.uk. Na pierwszy rzut oka wyglądało to spoko, ale jak sobie przeanalizowałem temat przekierowania, okazywało się, że ona jest w tym momencie nic nie warta i te, które mają tego dużo, od razu są odrzucone.

“Naucz się jak rozwinąć swojego bloga do 100 tys. odwiedzających w miesiącu i zmień tysiące swoich czytelników w płacących klientów!”. Sam tego nie wymyśliłem. To hasło jednego z anglojęzycznych kursów dotyczących tego, jak zarabiać na blogu. Jest całkiem niezłe i oddaje istotę rzeczy. Prawdopodobnie tego właśnie chcesz. Czy dostaniesz to po przeczytaniu tego artykułu? Dużo zależy od Ciebie. Znajdziesz tu solidne podstawy i spojrzenie na temat z wielu różnych, lecz równie ważnych stron. Jeśli wdrożysz tę wiedzę, będzie dobrze. Zaczynamy.

Artykuł powstał w ramach Tarczy Antykryzysowej Senuto. Dowiedz się więcej na temat naszej akcji

Dowiedz się więcej

Na początek przyjrzymy się mindsetowi blogera. Przekonaniom, jakie ma na temat blogowania i zarabiania. Podejściu do całej tej zabawy.

Mindset blogera, czyli jak myśleć o zarabianiu na blogu

Skontaktowałem się z kilkoma czołowymi polskimi blogerami, by zapytać ich, jak właściwie myśleć o tym całym zarabianiu na blogu. Dostałem dwie odpowiedzi: od Jakuba Roskosza i Kamila Nowaka. Wspólny mianownik? Nie skupiaj się za bardzo na kasie.

Jakub Roskosz o zarabianiu z bloga

Jak zarabiać na blogu? Kompleksowy poradnik 52
Jakub Roskosz

„Przede wszystkim warto myśleć o blogowaniu w pierwszej kolejności. Blogi prowadzone jedynie z motywacji do zarabiania pieniędzy zazwyczaj nie zarabiają ich wcale. Zarabianie na blogu to efekt uboczny pracy na wysokim poziomie i pisania zazwyczaj o swojej pasji i zainteresowaniach przez długie lata.

Dlaczego?

Ludzie, którzy zakładają blogi tylko i wyłącznie z pobudek finansowych szybko tracą zapał i motywację, gdyż nawet przez pierwszych kilka miesięcy i lat taka działalność generuje jedynie koszta bez większych zysków albo jedynie ze sporadycznymi przychodami. Bloger musi być wiarygodny, a to co opisuje i prezentuje spójne z jego przekonaniami oraz postrzeganiem rzeczywistości. Lata pracy zwiększają też szansę na większe zasięgi, a te są równie kluczowe w pozyskaniu kontraktów, jak i wiarygodność.

Warto też obserwować najlepszych blogerów w branży. Szybko można dojść do wniosku, że większość z nich jest bardzo selektywna w wyborze kampanii reklamowych w których bierze udział. Bardzo zwracają uwagę, aby nawet komercyjny content był spójny z tematyką bloga. Gdy prowadzimy bloga tylko dla. aspektu finansowego o selektywności raczej trudno mówić, bloger staje się słupem reklamowym i traci wiarygodność zarówno w oczach odbiorców, jak i reklamodawców”Jakub Roskosz, jeden z najpopularniejszych i najbardziej wpływowych blogerów lifestyle'owych w Polsce.

Kamil Nowak o zarabianiu z bloga

Odpowiedzi w podobnym tonie udzielił Kamil Nowak z szalenie popularnego i cenionego Blog Ojciec. Jeśli szukasz porad dotyczących rodzicielstwa, prawdopodobnie prędzej czy później trafisz na jego stronę.

Kamil Nowak, blog ojciec
Kamil Nowak

„Myślę, że paradoksalnie najważniejszą rzeczą, która pomaga w zarabianiu na blogu jest podejście do bloga kompletnie nie związane z finansami.

Myślę, że najważniejsze pytanie jakie powinniśmy sobie zadać związane z blogiem, to czy gdyby nie dało się na tym zarabiać, dalej byśmy to robili? Jeśli odpowiedź brzmi nie, to nie wchodźmy w to. Mówię to nie tylko z własnych przekonań, ale i z doświadczenia - znam i znałem dziesiątki blogerów i zawsze tam, gdzie motywacją były pieniądze, a nie pasja, bardzo szybko zapał znikał, a pojawiały się roszczenia, oczekiwania i wszystko brało w łeb.

Dawanie innym treści, dostarczanie wartości i staranie się robienia tego w jak najlepszej jakości, przy jednoczesnym braku jakichkolwiek oczekiwań jest niesamowitą siłą. To wtedy dzieje się prawdziwa magia.

To co może dodatkowo pomóc, to nie wiązanie swoich finansów bezpośrednio z finansami blogowymi. Im bardziej nasza sytuacja materialna będzie niezależna od bloga, tym łatwiej przyjdzie nam odmawianie, gdy pojawią się propozycje współpracy, które mogą niekoniecznie być dobrymi propozycjami (lecz mogą być np. bardzo dobrze płatne). Czytelnicy nie mają problemu z blogerami współpracującymi z firmami - oni mają problem z tym, że niektórzy blogerzy za pieniądze robią rzeczy, w które sami nie do końca wierzą.

W mojej opinii właśnie te dwie rzeczy, czyli robienie tego w co wierzymy i nie posiadanie oczekiwań, są cechami, które mogą nam pomóc docelowo stać się marką, z którą ludzie będą chcieli się utożsamiać i z którą będą chcieli współpracować (czy to w formie B2B czy w formie B2C). To oczywiście wymaga czasu, ale widziałem ludzi idącymi drogą na skróty i nie kończyło się to dobrze” – Kamil Nowak, twórca Blog Ojciec.

Brzmi nieźle? W takim razie pomówmy o konkretach.

Sposoby zarabiania na blogu

Blogerzy, którym udaje się zarabiać na blogu i żyć z tego na bardzo przyzwoitym poziomie, stosują jeden z tych kilku prostych trików. Tradycyjni przedsiębiorcy ich nienawidzą...

Dobra. Nie ma żadnych magicznych trików, zaklęć ani „jednego prostego sposobu na”. Zarabianie pieniędzy na blogu jest przykładem robienia biznesu. A w biznesie, jak to w biznesie – są różne sposoby na zarobienie pieniędzy, ale wszystkie mają wspólny mianownik: żeby to wyszło, trzeba włożyć pracę.

Biorąc ten fakt pod uwagę, rozsądnym pytaniem do siebie byłoby: jakiego rodzaju pracę chcę wykonywać jako bloger?

I wynikające z tego dalsze pytania:

Te pytania to aspekt bardziej „miękki”, psychologiczny. Uniwersalne myślenie przedsiębiorcze, którego zadaniem jest pomóc znaleźć ten słodki punkt pomiędzy działaniem pełnym chęci a takim, które przynosi konkretne pieniądze. Może dotyczyć tak samo blogowania, jak i każdego innego biznesu.

„Twardym” aspektem nazwijmy z kolei dobór konkretnej formy zarobkowania.

Wyróżnimy tu cztery główne.

Współpraca z markami

Aby lepiej rozeznać się w tym temacie, dobrze jest po prostu poczytać zamieszczone na blogach oferty. Większość wpływowych blogerów ma na swoich stronach zakładkę w rodzaju „Współpraca” - i tam określają, co i w jakim zakresie mogą zrobić odpłatnie (lub nieodpłatnie, jeśli chodzi o np. wsparcie fundacji charytatywnych czy udział w jakiejś słusznej sprawie).

Będzie to na przykład:

Jeśli Twój blog tematyczny generuje odpowiednio duży ruch (np. 50 czy 100 tys. wyświetleń w miesiącu), jeśli jesteś wystarczająco widoczny w sieci – prawdopodobnie ktoś się do Ciebie odezwie, używając przy tym takich słów, jak „współpraca” i „pieniądze”.

Pomocna może okazać się platforma ReachABlogger, która łączy blogerów z reklamodawcami.

Oferowanie swoich produktów lub usług

Kosmetyki: mydła, szampony, hydrolaty, olejki. Ubrania: koszule, piżamy, sukienki, akcesoria. Gadżety: breloczki, kubki, koszulki, pamiętniki. Książki: poradniki, popularnonaukowe, opowiadania, kucharskie. Kursy online: zarządzanie czasem, poznawanie kobiet, radzenie sobie z emocjami, zarabianie na blogu.

Blogerzy sprzedają przeróżne rzeczy. Niektórzy oferują tylko jeden-dwa produkty, inni mają podpięty pod bloga cały sklep.

Oferowane produkty i usługi przeważnie będą skorelowane z pozycją blogera jako eksperta. Przez dwa lata dostarczasz materiały dotyczące ziołolecznictwa. Masz już swoich czytelników, fanów, potencjalnych klientów. Teraz jest przestrzeń na to, by w końcu napisać tego e-booka o zastępowaniu leków z apteki ziołami i zacząć sprzedawać go przez swoją stronę.

Oferowanie powierzchni reklamowej

Najpopularniejszy jest system Adsense. To serwis reklamowy Google, dzięki któremu na Twojej stronie mogą pokazać się (przeważnie dostosowane tematycznie) reklamy. Trudno mówić o zarabianiu kokosów na tej metodzie, niemniej jest ona bardzo prosta do wdrożenia. Mówi się o niej jako dobrej na początek – żeby poczuć, że blogowanie może faktycznie przynieść jakieś pieniądze, a nie tylko wymagać ciągłych inwestycji.

Zarabianie na polecaniu

Czyli tak zwany marketing afiliacyjny. Recenzujesz nową super golarkę do brody, a pod spodem znajduje się link afiliacyjny do strony sklepu, który tę golarkę oferuje. Jeśli ktoś kupi po kliknięciu w „Twój” link, dostajesz wynagrodzenie. Po prostu: polecasz cudze produkty, na różne sposoby, i poprzez specjalne linki kierujesz do sprzedawcy.

O marketingu afiliacyjnym opowiadał znakomity marketingowiec Craig Campbell podczas webinaru Senuto. I przekonywał, że w tej metodzie mogą być naprawdę dobre pieniądze. Warto obejrzeć:

Aby zarobić na którymś z powyższych sposobów, blogerzy szeroko stosują poniższe:

(wszystkie bądź wybiórczo)

> Stają się godnymi zaufania ekspertami

Ekspert czyli ktoś, kto zna się na temacie i komu ludzie ufają. Do tego stopnia, że na podstawie jego opinii mogą podjąć nieraz kluczowe, życiowe decyzje. Od eksperta chętniej się kupuje - to jasne.

> Dają ludziom coś, co naprawdę im pomaga

Tarcza Antykryzysowa Senuto

> Piją co najmniej 2 litry wody dziennie

Ok, być może nie wszyscy blogerzy tak robią. Tak czy inaczej trzeba pić dużo wody, żeby mózg dobrze pracował.

Jak zarabiać na blogu? Kompleksowy poradnik 53
Właśnie.

> Odwiedzających zmieniają w subskrybentów

A propos, jeśli podasz nam swojego maila, to co 2 tygodnie będziemy podsyłać Ci linki do nowych artykułów na naszym blogu. Samo mięsko, zero spamu.

> Zwiększają ruch z wyszukiwarki, korzystając z przeznaczonych do tego narzędzi.

Jak zarabiać na blogu? Kompleksowy poradnik 54

To jest szalenie ważne i skupimy się na tym w dalszej części artykułu.

Ale teraz czas na pytanie, na które wszyscy czekali.

Ile zarabia się na blogu?

I to jest pytanie bardzo dobre. Na które nie ma dobrej odpowiedzi. A w każdym razie – precyzyjnej. Bo odpowiedź „sky's the limit” nie jest szczególnie konkretna. Ale też zdaje się być najbliższa prawdy.

Prowadzenie bloga może przynieść widownię.

Widzów można zamienić w klientów, oferując im produkt.

Liczba potencjalnych klientów oraz jakość oferowanego produktu i jego cena przełożą się na zarobek.

Zbierz więcej potencjalnych klientów, zaoferuj lepszy produkt i lepiej dostosuj cenę, a więcej zarobisz. To nie prawidło świata blogerów, tylko biznesu w ogóle. Jest stare jak świat.

„Więcej zarobisz”, czyli ile na przykład?

Michał Szafrański, autor bloga Jak Oszczędzać Pieniądze, jeszcze w 2015 roku pisał o sobie, że on to tak w sumie dopiero zaczyna, rozkręca się, że z roku na rok zwiększa swoje stawki oraz przychody, ale tak na spokojnie, więc nie czuje się jeszcze takim do końca ekspertem od zarabiania na blogu.

Niedługo później zrzucił niezłą bombę: „Słuchajcie, zarobiłem pierwszy milion na swojej książce”.

Początkowy nakład „Finansowego Ninjy” zszedł na pniu. Trzeba było szybko robić dodruk. Potem kolejny i kolejny. Nim się obejrzeliśmy, Michał Szafrański siedział za kółkiem wartej kilkaset tysięcy złotych Tesli, którą kupił dzięki rewelacyjnym wynikom sprzedaży książki. Dziś (kwiecień 2020) sprzedaż dobija do 100 tysięcy egzemplarzy, a całościowy wynik finansowy od premiery w 2016 r. do końca 2019 r. to 3,89 mln zł czystego zysku.

Michał Szafrański wzbogacił się o kilka milionów złotych dzięki sprzedaży swojej książki. Ale było to możliwe tylko dzięki temu, że wcześniej przez kilka lat sumiennie rozwijał bloga (na którym zresztą też zarabia krocie). Gdyby nie miał zbudowanej bazy fanów, dla których jawi się jako ekspert w dziedzinie finansów, to wydając książkę własnym nakładem mógłby wręcz utopić kilka(naście) tysięcy złotych. Jak wiemy, historia potoczyła się inaczej.

finansowy ninja - wyniki sprzedaży
Screen ze strony Jak Oszczędzać Pieniądze - wyniki sprzedaży książki

Tyle książka. A sam blog? Na początku 2019 r. Michał pochwalił się, że w ciągu sześciu lat odnotował z niego około 6 mln zł przychodu.

Mało komu udaje się odnieść tak duży sukces. Autor bloga Jak Oszczędzać Pieniądze to przykład z blogowej ekstraklasy. Przykład, który ma otworzyć umysł na to, że choć blogowanie może być zajęciem dającym kilkaset, tysiąc czy kilka tysięcy złotych miesięcznie – może być też czymś, co umieści w Twoim garażu nowiutką Teslę, a liczbę zer na Twoim koncie zwiększy do sześciu.

Zarobki blogerów

Ekstraklasa ekstraklasą, a co jeśli chodzi o, powiedzmy, przeciętne zarobki? Czy z blogowania da się wyżyć?

Zarobki polskich blogerów to nie jest temat z gatunku tych najlepiej przebadanych. Na przykład Whitepress przeprowadził wśród blogerów ankietę, która dotyczyła między innymi ich zarobków. Tyle że było to w 2015 roku, czyli dobre 20 lat temu. Wyniki mogą zupełnie nie przystawać do dzisiejszych realiów i dlatego potraktujmy je luźno.

Zarobki a liczba odsłon

Nowsze dane pochodzą z końca 2017 roku i raportu „Zarobki blogerów 2017” firmy BLOGmedia.

Wynika z niego, że w 2017 r. blogerzy zarobili średnio ok. 22,5 tys. zł, natomiast średnia stawka za wpis wynosiła 1853 zł, a za post w mediach społecznościowych – 739 zł.

Co koniecznie trzeba podkreślić, choć nie ma w tym nic odkrywczego, to że stawki wzrastają proporcjonalnie do wielkości bloga. Bloger, który notuje między 10 a 20 tys. odsłon miesięcznie, średnio otrzymuje 913 zł za wpis. Przy liczbie odsłon na poziomie 150-500 tys. stawki za wpis mogą wynosić już między 3500 a 4500 zł.

Bloger pełnoetatowy? To możliwe

Choć trzeba powiedzieć uczciwie, że nie jakoś szalenie prawdopodobne.

Według badania z 2017 roku, tylko 4 proc. blogerów nie pracowało zawodowo, utrzymując się jedynie z bloga. Aby uzyskać dochód na poziomie ok. 8000 zł miesięcznie, trzeba było generować ok. 150 tys. odsłon.

Wiele zależy też od tematyki. Statystycznie najlepszy zarobek dają blogi związane z rodzicielstwem, a najmniejszy – te poświęcone tematyce dbania o urodę.

Podsumowując kwestię zarobków: jeśli chcesz zarabiać na blogu, kwestia tego, ile zarobisz, jest zależna od różnych czynników. Poczynając od Twojego talentu i charyzmy, kończąc na „twardej” umiejętności generowania ruchu na stronie.

Pierwsze może być kwestią kombinacji genów i personalnego treningu. Drugie to po prostu konkretna wiedza i działania.

Przyjrzyjmy się aspektowi wiedzy i działań.

Jak zwiększyć ruch na blogu?

Im bardziej bloger się profesjonalizuje, tym bardziej jego działania są przemyślane i celowe. Rolę zaczynają odgrywać strategia oraz stosowane narzędzia. Bloger-hobbysta, ale z podpiętym Google Analytics i miesięcznym planem publikacji treści, jest już o kilka kroków bliżej stania się blogerem-biznesmenem.

Czyli takim, który wchodzi na swoje konto bankowe i widzi realne wpływy z blogowania.

Wcześniej ustaliliśmy, że liczba odwiedzających stronę ma znaczenie. Jeśli blog generuje większy ruch, reklamodawcy więcej zapłacą za powierzchnię, a marki chętniej nawiążą współpracę. Większy ruch to też więcej potencjalnych klientów, gotowych kupić Twój produkt czy usługę.

Zasadniczo są dwa główne źródła ruchu na stronie:

  1. Media społecznościowe
  2. Google

Zacznijmy od “sociali”.

Social media a prowadzenie bloga

Kanały social media, takie jak Facebook, Instagram, Twitter czy LinkedIn mogą w istocie sprowadzić ruch na stronę. Są ważnym elementem blogowania, które nie powinno być pomijane.

Profil bloga w mediach społecznościowych to przede wszystkim możliwość gromadzenia w jednym miejscu fanów, do których w każdej chwili można dotrzeć. Nawiązać z nimi kontakt, zapoczątkować dyskusję. Podrzucić im link do świeżego materiału na blogu, w który przynajmniej część z nich chętnie kliknie.

Warto cały czas mieć na uwadze, że na portalach społecznościowych są Twoi potencjalni klienci. Pozyskując fana, tak naprawdę pozyskałeś tak zwanego „leada”. Kogoś, kto wyraził wstępne zainteresowanie Twoją marką i w pewnym momencie będziesz mógł skierować do niego konkretną ofertę sprzedażową.

Jeśli chodzi o sensowność wykorzystania kanałów social media, dochodzi jeszcze kwestia prestiżu. Ludzie patrzą na cyferki.

Jeśli Twój fanpage ma 10 tysięcy polubień, ktoś może pomyśleć: „OK, jest jakaś popularność, czyli to może być niezłe, przyjrzę się”. Bum, nagle został czytelnikiem. Kiedy zaś tych polubień jest 100 czy 300, to może nie oznacza to, że odwiedzający na pewno machnie ręką i wyjdzie. Ale na starcie może być trudniej zdobyć jego zaufanie.

Tak działa społeczny dowód słuszności, jeden ze schematów poznawczych człowieka. „Jeśli tyle osób dało kciuk w górę, to pewnie mają rację”. Często mylące – owszem. Trzeba jednak mieć na uwadze, że działa.

Baza fanów jest też czymś, czego często nie mają Twoi potencjalni reklamodawcy. Stworzyli produkt lub usługę, lecz nie wybudowali wokół siebie społeczności, która im ufa. Równie dobrze może im też zależeć, aby dotrzeć do nowych potencjalnych klientów. Mając wokół siebie ludzi, na których wpływasz poprzez swoje treści, stajesz się influencerem (lub mikroinfluencerem, jeśli społeczność jest stosunkowo mniejsza niż największych blogowych gwiazd). Będąc influencerem, możesz skuteczniej polecać inne marki lub konkretne produkty. I za to marki mogą i chcą płacić.

Podsumowując, dbanie o social media daje Ci:

Czy w takim razie, aby zwiększyć rozmiary bloga, wystarczy prowadzić profile w social mediach?

Teoretycznie możesz być blogerem, który zbudował niesamowicie rozwiniętą i wierną społeczność fanów na przykład na Facebooku czy Instagramie. Stamtąd zaczął z powodzeniem kierować ludzi na stronę, nie dbając szczególnie o ruch z wyszukiwarki.

Zgromadziłeś tę społeczność wokół jakiejś nośnej idei czy niszowego tematu, w którym nie ma wielu ekspertów. W środowisku jesteś znany jako TEN bloger. Twoja ksywka pojawia się w kuluarowych rozmowach. Na przyjęciach. Podczas spotkań i konferencji branżowych. Jako czyjeś ostatnie słowo na łożu śmierci. Wszyscy wiedzą, o kogo chodzi. Nie trzeba Cię googlować.

W dodatku nie potrzebujesz dużo ruchu na stronie. Wystarczy, że wejdą Ci, którzy wejść mają. Dzięki sile Twojej marki osobistej i tak kupią wystarczająco dużo Twoich produktów i zabookują usługi na najbliższy kwartał.

Tak. To wszystko raczej mało prawdopodobny scenariusz.

Bardziej prawdopodobne, że tym, czego najbardziej potrzebujesz jako bloger z aspiracjami do robienia pieniędzy, jest przede wszystkim większy ruch na stronie.

Cel, którego nie osiągniesz samymi “socialami”

Jest taki cel, do osiągnięcia którego media społecznościowe nie są najlepszym środkiem. Tym celem jest zapewnienie blogowi stałego wzrostu liczby odwiedzin.

Uproszczony schemat sprowadzania na stronę ruchu z Facebooka czy innych mediów społecznościowych wygląda następująco:

Publikujesz nowy artykuł, powiadamiasz o tym swoich fanów, fani klikają w link, czytają artykuł, artykuł jest fajny, dają kciuk w górę.

Spoglądasz do Google Analytics i faktycznie widzisz wzrost statystyki odwiedzin. Spośród 10 tysięcy fanów, 2 tysiące kliknęło w link do Twojego świeżutkiego artykułu.

Albo niech będzie, że stworzyłeś tak zwanego virala. Materiał, który dzięki wsparciu innych influencerów szybko zyskał dużą popularność w internecie, wychodząc szeroko poza Twoją oryginalną bazę fanów.

Dostajesz więc 10 tysięcy kliknięć.

Na wykresie Google Analytics wygląda to tak, jakby akcja serca w jednej chwili została przywrócona. Płaska dotąd linia nagle wystrzeliwuje w górę. W ciągu jednego, dwóch, trzech dni osiąga swój szczyt, po czym... pikuje w dół do starego poziomu, ewentualnie zatrzymuje się nieznacznie ponad nim.

Spike w Google Analytics
"Strzał" to efekt publikacji artykułu i powiadomienia o tym fanów. Wykres szybko jednak spada do starego, słabego poziomu.

Puls znów zanikł. Przywróci go dopiero kolejny artykuł, który opublikujesz za kilka dni. Na wykresie odwiedzin okres pomiędzy publikacjami będzie się odznaczał płaską linią o niskiej wartości.

W praktyce oznacza to, że ruch na Twojej stronie, jeśli bazujesz na mediach społecznościowych, jest uzależniony od nowych publikacji. Strona będzie notować „strzały” odwiedzin w momentach, w których coś wrzucasz i informujesz o tym fanów.

„Uzależniony” to dobre słowo. Jeśli bowiem odetniesz dopływ nowych materiałów, blog szybko okaże się martwy.

Social media vs. SEO

Prowadzenie fanpage'a, zwiększanie liczby fanów, angażowanie ich w dyskusję itd., to cała, osobna filozofia. Temat ten warto zgłębić, a swoim profilom społecznościowym poświęcić należytą uwagę. Płyną z tego bowiem konkretne korzyści.

Jednocześnie, jeśli zależy Ci przede wszystkim na tym, aby zwiększać ruch na swojej stronie, social media powinny być drugoplanowe wobec dbania o tak zwany ruch organiczny – czyli zdobyty dzięki wyszukiwarce.

Nie należy bagatelizować tej kwestii, myśląc o tym, jak zarabiać na blogu. Jeśli chcesz zarabiać na blogu, musisz nauczyć się „w to całe SEO”, czyli stosować działania, które wzmacniają pozycję Twojej strony w internecie (SEO to akronim od search engine optimization, optymalizacja pod wyszukiwarki). Nie ma zmiłuj.

Optymalizacja treści i samej strony pod Google może zapewnić Ci sporo ruchu z wyszukiwarki – a także stabilny wzrost liczby odwiedzin, niezależny od “strzałów” z social mediów.

Jak zarabiać na blogu? Kompleksowy poradnik 55

To ważny element działań praktycznie wszystkich blogerów, którzy mają na tyle dużo odwiedzin na stronie, by zarabiać konkretne pieniądze.

Zwiększenie widoczności strony i magia słów kluczowych

Aby notować więcej ruchu na stronie, musisz zwiększyć jej widoczność w Google na powiązane z tematem bloga frazy kluczowe.

Powracamy do całkiem prawdopodobnej hipotezy z kilku akapitów wyżej: bloger, który zarabia, ma strategię. Harmonogram publikacji. Planuje wpisy nie tylko ze względu na czas, ale również ich treść.

Skąd zarabiający bloger wie, co powinien opublikować?

Oczywiście jego własne przemyślenia, emocje, wena, intuicja – wszystko to odgrywa tutaj niebagatelną rolę, determinując styl i treść publikacji.

Ale nie mniejszą rolę odgrywają słowa (tudzież frazy) kluczowe. Ponieważ, aby notować więcej ruchu na stronie, musisz zwiększyć widoczność w Google na owe powiązane z tematem bloga frazy kluczowe.

Czym są frazy kluczowe?

To dzięki nim i poprzez nie bloger określa, do kogo ma trafić jego materiał. Czy ostatecznie trafi – to będzie zależało od szeregu czynników, w tym od siły jego konkurencji, która przecież też walczy o jak najwyższe pozycje w Google.

Mechanizm jest prosty. Wpisujesz w Google zapytanie „jak się ubrać na sylwestra” (to właśnie jest ta fraza kluczowa) i tak oto trafiasz na blog Jakuba Roskosza. Zadbał o to, by być jedną z pierwszych propozycji rozwiązania problemu, jaki wpisałeś w wyszukiwarce. A przy okazji, skoro już tu jesteś... może skorzystasz z oferty współpracy?

Jak zarabiać na blogu? Kompleksowy poradnik 56
Jedna z pierwszych pozycji w Google - mimo że artykuł jest z 2017 roku. Wniosek stąd płynie taki, że jeśli dobrze "wstrzelisz się" ze swoim artykułem, ruch z Google dla Twojej strony może być generowany przez całe lata.

Frazy kluczowe pokazują, czego tak naprawdę ludzie szukają w Google. A jako bloger, chcesz i potrzebujesz to wiedzieć. Żeby móc kształtować przyszłe trendy, trzeba cały czas być na bieżąco z obecnymi.

Aby pogłębić wiedzę o frazach kluczowych, zapoznaj się z artykułem: Wyszukiwanie słów kluczowych - przewodnik krok po kroku.

Walka o pozycję

Dzięki mądrze prowadzonym działaniom SEO, możliwe jest znalezienie się na pierwszej stronie czy nawet pierwszych pozycjach pierwszej strony wyszukiwarki – na hasła, które interesują Twoich potencjalnych czytelników i klientów.

„Co warto zobaczyć w Londynie” albo „gdzie zjeść w Zakopanem” może kierować do Twojego bloga podróżniczego.

„Triki makijażowe” do bloga modowego.

„Dziecko bije się po głowie” do bloga parentingowego.

„Jak oszczędzać pieniądze” i tak zaprowadzi do Michała Szafrańskiego, ale może powalczysz o drugie miejsce.

Odpowiedź na pytanie, jakie frazy mają kierować ludzi na Twojego bloga (albo inaczej: czego w internecie może poszukiwać Twój potencjalny czytelnik), w dużej mierze zdeterminuje Twoją strategię publikacji.

Przeczytaj też: Strategie SEO – jak przygotować i skutecznie wdrożyć?

Zarabianie na blogu firmowym

W tym miejscu warto wspomnieć o temacie bloga firmowego, który sam z siebie pewnie wymagałby kolejnego, dużego artykułu. Umówmy się, że nie będziemy schodzić za głęboko, a raczej prześlizgniemy się po powierzchni.

Blog firmowy to przede wszystkim:

Jak widać, nie różni się jakoś bardzo od prowadzenia “zwykłego” bloga. Zasadniczą różnicę można określić w taki sposób, że mając “zwykłego” bloga, aspekt biznesowy z reguły przychodzi później; w przypadku bloga firmowego, zaczynasz od stworzenia biznesu, a blog dochodzi jako narzędzie wspomagające sprzedaż.

blog senuto
Blog Senuto jest przykładem bloga firmowego. Aplikacja nie wyrosła na prowadzeniu bloga - to blog wyrósł, jako wsparcie dla aplikacji.

To często na tym aspekcie wspomagania sprzedaży skupiają się w swojej pracy specjaliści od content marketingu (marketingu treści). Dobrze napisany artykuł może poprowadzić czytelnika za rękę, od zdobycia jego uwagi i zainteresowania tematem (góra lejka sprzedażowego), przez zainteresowanie produktem, po kliknięcie “dodaj do koszyka” i “zapłać” (dół lejka sprzedażowego).

Lejek sprzedażowy

Sam blog przeważnie klasyfikowany jest jako narzędzie z góry lejka, a więc służące przede wszystkim pobudzeniu świadomości marki, zdobyciu uwagi potencjalnego klienta. Czyli, w praktyce: ktoś szuka w Google odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie, np. “jak zwiększyć sprzedaż w sklepie internetowym” i znajduje na ten temat artykuł na blogu firmy marketingowej. W ten sposób dostaje odpowiedź, której szukał, a jednocześnie poznaje firmę, z której usług być może skorzysta.

Wchodząc w ten artykuł, znalazł się w lejku sprzedażowym. Być może go opuści, a być może zejdzie do samego dołu - dokona zakupu. Zależy to w dużej mierze od autora artykułu. Jeśli sprawnie poprowadzi czytelnika przez całą “customer journey” (podróż klienta), być może pozostawi go z wrażeniem, że najmądrzejsze, co teraz może zrobić, to kliknąć "Kup" lub przynajmniej wysłać zapytanie ofertowe.

Aby to się udało, dobrze jest dopasować frazy kluczowe do intencji czytelnika. Te intencje zmieniają się wraz z pokonywaniem kolejnych etapów “podróży klienta”. W pewnym sensie, na każdym z nich użyjemy nieco innego języka. Trzeba, po pierwsze, dobrze rozumieć ideę lejka sprzedażowego i customer journey, a po drugie – sprawnie korzystać z narzędzia, które pomoże nam dostosować frazy kluczowe. Szanse na sukces sprzedażowy zwiększysz również, używając języka korzyści.

Jak znaleźć słowa kluczowe dla swojego bloga?

Tu wielce przydatne okazuje się Senuto, z którego zresztą korzysta niejeden polski bloger. I zanim powiem, w jaki sposób korzystać z appki (bo to wiąże się z tym, jak zarabiać na blogu), warto wspomnieć, że trwa fajna promocja.

Jako że mamy sytuację, jaką mamy, Senuto wprowadziło własną Tarczę Antykryzysową. Obejmuje ona:

Tyle reklama. Czas na praktykę.

W jaki sposób Senuto pomaga w prowadzeniu bloga?

W Senuto możesz łatwo znaleźć odpowiedź na kluczowe, ze strategicznego punktu widzenia, pytania.

Kluczowe pytania i kluczowe frazy. To nas interesuje.

> Jaka jest obecna widoczność mojego bloga w wynikach wyszukiwania? Na ile fraz moja domena jest widoczna w TOP3/TOP10/TOP50?

Dzięki temu sprawdzisz, jak konkretne działania SEO przekładają się na wzrost widoczności witryny w Google. Obserwujesz postępy. Uśmiech rośnie.

No chyba że popełniasz jakiś błąd w działaniach SEO, dlatego widoczność nie rośnie i uśmiech też nie. W takim wypadku spędź trochę więcej czasu na blogu Senuto, gdzie znajdziesz mnóstwo dobrych rozwiązań i wskazówek dotyczących pozycjonowania.

Jak zarabiać na blogu? Kompleksowy poradnik 57

> Jaka jest moja pozycja na wybraną frazę? (i jak się wzmocnić na daną frazę)

Sprawdzenie tego jest szczególnie przydatne, gdy chcesz szybko sprawdzić, jaka jest pozycja wybranej strony (niekoniecznie własnej) na konkretne słowo kluczowe. Jeśli prowadzisz bloga o tematyce rozwoju zawodowego, możesz chcieć być widoczny na frazę “autoprezentacja” (Baza słów kluczowych Senuto pokazuje, że hasło to jest wyszukiwane 4400 razy w miesiącu).

Jeśli Twoja pozycja na tę frazę nie łapie się na pierwszą stronę wyszukiwania, warto ją wzmocnić - na przykład tworząc najlepszy i najbardziej kompleksowy artykuł na temat autoprezentacji, jak internet długi i szeroki. Jak tego dokonać?

Tu niezwykle przydatna okazuje się wspomniana wcześniej koncepcja Topical authority, która mówi o tym, jak tworzyć takie artykuły-kolosy, za które Google Cię pokocha i z miłością przyśle na Twoją stronę miliony czytelników. Poczytaj o tym.

> Jak wyszukać słowa kluczowe i stworzyć ich bazę?

Baza słów kluczowych jest nieoceniona w procesie wyszukiwania tematów na wpisy, dzięki czemu można stworzyć bardzo dobry plan contentu (treści, jakie mają się pojawić na blogu). Moduł ten pomaga również znaleźć słowa kluczowe do konkretnego artykułu, tak aby lepiej napisać go “pod Google” (jeśli lepiej piszesz “pod Google”, to Google bardziej Cię lubi i pcha Cię wyżej w wynikach wyszukiwania). Zebrane w bazie frazy można dostosować według potrzeb i zapisać je w wygodnym pliku .xlsx.

W module Bazy słów kluczowych sprawdzisz też, jakie konkretnie pytania zadają Twoi potencjalni czytelnicy w Google (raport Pytania). Bez tej wiedzy trudno wyobrazić sobie dobrze dostosowany plan publikacji, nastawiony na zwiększenie ruchu z Google.

Kolejna ważna rzecz to słowa zależne, czyli frazy semantycznie powiązane z tą, która najbardziej Cię interesuje. Co jest semantycznie powiązane ze słowem pies? Na przykład smycz albo karma. A z frazą „jak zarabiać na blogu”? Na przykład „jak się zarabia na blogu”. Mając listę tego typu zależności wiesz, jakich fraz zależnych używać w swoim artykule, aby Google uznał go za najbardziej wartościowy w kontekście frazy kluczowej i wypchnął go wyżej w wynikach wyszukiwania.

Jak zatem wyszukiwać słowa kluczowe do artykułu?

To łatwe.

Wybierz frazę powiązaną z tematem, który chcesz omówić na blogu lub z produktem, który chcesz sprzedać. Trzymajmy się przykładu bloga poświęconego ziołolecznictwu. Interesuje Cię fraza, na przykład, “zioła na wątrobę”. Kiedy wpiszesz ją do Bazy słów kluczowych Senuto, zobaczysz listę propozycji:

słowa kluczowe

Poza tymi wynikami, możesz też sprawdzić konkretne pytania, które są najczęściej wpisywane w Google w związku z tą frazą, jakie są powiązane z nią słowa zależne oraz grupy słów. Na tej podstawie wiesz, co Google potraktuje jako wartościowy materiał w kontekście zapytania “zioła na wątrobę”.

W dużej mierze od Twojej kreatywności zależy to, jak wykorzystasz frazy kluczowe w swoim artykule. Karolina Matyska z Senuto napisała bardzo fajny poradnik jak napisać artykuł na Bazie słów kluczowych – sprawdź go.

> Jak sprawdzić, które frazy są popularne w danym miesiącu?

Sezonowość fraz w Google to kolejny temat. „Meble ogrodowe” nie cieszą się szczególną popularnością w grudniu, zaś „pomysły na Sylwestra” nie są jednym z sierpniowych hitów wyszukiwarki. W związku z tym, z publikacją pewnych materiałów lepiej będzie zaczekać. Z innymi – pospieszyć się, póki trwa sezon.

Wiedząc, jakie będą trendy w Google za dwa czy trzy miesiące, możesz się zawczasu przygotować. Pomyśleć nad tematami i ten artykuł o meblach ogrodowych na spokojnie przygotować sobie kilka miesięcy przed startem sezonu letniego i w odpowiednim momencie tylko go odświeżyć. Tak naprawdę w styczniu, w oparciu o sezonowość, można zaplanować publikacje na cały rok (oczywiście nie newsowe, a tak zwane evergreenowe – czyli takie, które co do zasady nie tracą na aktualności).

Sezonowość fraz w Google

> Na jakie frazy moja konkurencja jest widoczna, a ja nie?

Fragment z podlinkowanej strony poradnika mówi w zasadzie wszystko: „Ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Są jednak informacje, które po prostu trzeba mieć. Jedną z nich jest to, na jakie frazy konkurencja jest widoczna w Google, a Twoja witryna nie. To bardzo ważna kwestia, ponieważ ruch pozyskiwany w ten sposób przez konkurentów, mógłby należeć do Ciebie”.

Dlatego warto co jakiś czas generować raport, obrazujący jak wygląda sytuacja odnośnie każdej frazy dla Twojej domeny oraz domeny konkurencji.

Czyli w praktyce:

Sprawdź również nasz artykuł Pozycjonowanie bloga.

SEO na blogu i żarcik na koniec

Podkreślmy to raz jeszcze: o SEO strony (optymalizację pod wyszukiwarki) trzeba zadbać równie mocno, jak o jakość publikowanych materiałów. Bez tej optymalizacji nawet najbardziej wartościowe treści mogą zginąć w czeluściach internetu, docierając tylko do wąskiej grupy osób. To jedna z najważniejszych zasad dotyczących tego, jak zarabiać na blogu.

Senuto zrobi za Ciebie kawał roboty. Ale chcąc podkręcić SEO trzeba pamiętać też o kilku innych rzeczach: śródtytułach, odpowiednio zbudowanym adresie URL, metatytule, linkowaniu wewnętrznym i zewnętrznym i tak dalej.

Warto pogłębić tę wiedzę, przyswoić kilka nieskomplikowanych zasad. Jeśli masz bloga na WordPressie, zainstaluj odpowiednie wtyczki, np. popularne Yoast SEO, które pomogą Ci w optymalizacji treści pod wyszukiwarkę.

Teraz obiecany żarcik.

Wiesz, gdzie najlepiej ukryć ciało, tak, żeby nikt go nigdy nie znalazł?

Na drugiej stronie wyników wyszukiwania Google.

Jak zarabiać na blogu? Kompleksowy poradnik 58

Dlatego bez względu na to, z jakich narzędzi zamierzasz korzystać, generalna zasada brzmi: jeśli akurat nie próbujesz ukryć ciała, zawsze staraj się być na pierwszej stronie, na właściwe frazy kluczowe. To gra warta świeczki.

Jak pokazaliśmy wyżej, to, ile można zarobić na blogu, jest ściśle skorelowane z liczbą odwiedzin, w zasadzie bez względu na metodę zarobkowania, którą wybierzesz.

Pobaw się tym.

Widzimy się na pierwszej stronie.

SALES:
k.wawer@senuto.com
HELPDESK:
w.pietrak@senuto.com
linkedin facebook pinterest youtube rss twitter instagram facebook-blank rss-blank linkedin-blank pinterest youtube twitter instagram